Michał Bakunin

PAŃSTWOWOŚĆ A ANARCHIA
Walka dwóch partii w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Robotników


Ustanowienie imperium pangermańskiego

Na całym kontynencie Europy istnieje obecnie tylko jedno prawdziwie niezależne państwo - Niemcy. Tak jest wśród wszystkich państw kontynentalnych - mówię oczywiście tylko o wielkich państwach, ponieważ rozumie się samo przez się, że małe i średnie są nieuchronnie skazane najpierw na utratę niezależności, a później na zagładę - otóż wśród wszystkich państw pierwszego rzędu jedynie imperium niemieckie znajduje się w warunkach najpełniejszej niezależności, wszystkie inne państwa są od niego zawisłe. I nie tylko dlatego, że Niemcy w ostatnich latach odniosły wielkie zwycięstwa nad Danią, Austrią i Francją, że zagarnęły całe uzbrojenie Francji i wszystkie jej zasoby wojskowe, że zmusiły Francję do zapłacenia im pięciu miliardów, że dzięki przyłączeniu Alzacji i Lotaryngii zajęły w stosunku do Francji świetną pozycję wojskową, zarówno pod względem obronnym jak i zaczepnym; nie tylko też dlatego, że armia niemiecka zdecydowanie przewyższa obecnie wszystkie armie istniejące w Europie liczebnością, uzbrojeniem, dyscypliną, organizacją, dokładną sprawnością i wyszkoleniem wojskowym oficerów, a także podoficerów i żołnierzy, nie mówiąc o bezspornej, w zestawieniu z innymi, doskonałości swych sztabów. Nie tylko dlatego, że masy ludności niemieckiej składają się z ludzi piśmiennych, pracowitych i pracujących produktywnie, stosunkowo bardzo wykształconych, niemal uczonych, a przy tym spokojnych, posłusznych władzom i prawu, że administracja i biurokracja niemiecka prawie doszły do ideału, do którego biurokracja i administracja wszystkich innych państw dąży bezskutecznie.

Powyższe prerogatywy zdecydowały w dużym stopniu i decydują nadal o tym, że nowe państwo wszechniemieckie czyni zdumiewające postępy. Ale nie tutaj należy szukać głównej przyczyny tej rzeczywistej i tak przytłaczającej siły. Wydaje się raczej, że są one tylko przejawami pewnej bardziej ogólnej i głębszej przyczyny, która leży u źródeł całego społecznego życia niemieckiego. Przyczyną tą jest instynkt społeczności stanowiący charakterystyczną cechę narodu niemieckiego.

W instynkcie tym można wyróżnić dwa elementy, pozornie sobie przeciwstawne, ale zawsze nierozłączne: niewolniczy instynkt posłuszeństwa bez względu na wszystko, spokojnego i rozumnego podporządkowywania się sile tryumfującej pod pretekstem posłuszeństwa tak zwanym prawowitym władzom, a równocześnie pański instynkt władzy nad wszystkim, co słabsze, instynkt komenderowania, zaborczości i systematycznego uciskania. Obydwa te instynkty rozwinęły się w wysokim stopniu w naturze niemal każdego Niemca, z wyjątkiem oczywiście proletariatu, którego sytuacja wyklucza możliwość zaspokojenia przynajmniej drugiego instynktu. Oba te instynkty, zawsze ściśle ze sobą złączone, wyjaśniając i dopełniając się wzajemnie, tworzą podstawy patriotycznego społeczeństwa.

O klasycznej subordynacji Niemców wobec władz, bez względu na zajmowane stanowiska i rangi, świadczy cała ich historia, zwłaszcza najnowsza, która jest jednym ciągiem bohaterskich aktów pokory i cierpliwości. Przez stulecia ukształtowała się w niemieckich sercach prawdziwie boska cześć dla władzy państwowej, boska cześć, z której stopniowo wytworzyła się teoria i praktyka biurokratyzmu i która dzięki wysiłkom niemieckich uczonych stała się główną podstawą całej nauki politycznej, propagowanej na uniwersytetach niemieckich do dnia dzisiejszego.

Historia dobitnie też świadczy o zaborczych i ciemiężycielskich dążeniach plemienia germańskiego od czasów średniowiecznych krzyżaków-rycerzy oraz baronów germańskich aż do ostatniego filistra-mieszczanina z czasów dzisiejszych.

I nikt nie doświadczył bardziej dotkliwie niż plemię słowiańskie, czym są te dążenia. Rzec można, że historyczne powołanie Niemców, przynajmniej na północy i na wschodzie, zawarło się kiedyś, a także i dziś jeszcze, w dążeniu - oczywiście w pojęciu Niemców - do wyniszczenia, ujarzmienia i przymusowego zgermanizowania plemion słowiańskich.

Ta dawna i smutna historia, której pamięć głęboko przechowują serca słowiańskie, znajdzie niewątpliwie swój odzew w ostatniej nieuniknionej walce Słowian przeciwko Niemcom, jeżeli przedtem nie pogodzi ich Rewolucja Socjalna.

Wystarczy rzucić pobieżnie okiem na rozwój niemieckiego patriotyzmu od 1815 roku, aby móc prawidłowo ocenić zaborcze dążenia całego niemieckiego społeczeństwa.

Niemcy od 1525 roku, epoki, w której został uśmierzony krwawo bunt chłopski, aż do drugiej połowy XVIII wieku, a więc epoki ich literackiego odrodzenia, były pogrążone w głębokim śnie, przerywanym od czasu do czasu wystrzałem armatnim i pełnymi grozy scenami, doświadczeniami bezlitosnych wojen, których najczęściej bywały areną i ofiarą. Wówczas przerażone budziły się, aby wkrótce znów zasnąć, ukołysane luterańskim kazaniem.

W tym okresie, tj. w ciągu niemal dwóch i pół stuleci, właśnie pod wpływem tych kazań, kształtował się ostatecznie ich posłuszny i pełen prawdziwego heroizmu w swej niewolniczej cierpliwości charakter. W tym czasie narodził się i przeniknął w krew i życie każdego Niemca system bezwarunkowego posłuszeństwa i poświęcenia wobec władzy. Równocześnie rozwinęła się nauka administracji i pedantycznie systematyczna, nieludzka i bezosobowa praktyka biurokratyczna. Każdy niemiecki urzędnik stał się kapłanem państwa, który gotów jest złożyć na ołtarzu państwowej służby najukochańszego swego syna, zabijając go nie nożem, lecz kancelaryjnym piórem. W tym samym czasie zacna szlachta niemiecka, zdolna tylko do lokajskich intryg i wojskowej służby, ofiarowywała swą pełną dworskiej galanterii i dyplomacji niegodziwość i swoją sprzedajną szpadę lepiej płacącym dworom europejskim; a niemiecki mieszczanin, posłuszny do samej śmierci, cierpiał, pracował, płacił bez szemrania wysokie podatki, żył ubogo, cicho i pocieszał się myślą o nieśmiertelności duszy. Władza tej plejady monarchów, którzy rozdzielili między sobą Niemcy - była nieograniczona. Profesorowie policzkowali się, a potem wzajemnie robili na siebie donosy. Studenteria, dzieląca czas swój między naukę i piwo, godna była całkowicie swoich profesorów. O ludzie pracującym nikt w ogóle nie myślał ani nie mówił.

W takiej sytuacji znajdowały się Niemcy jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku, gdy nagle jakimś cudem z tej bezdennej otchłani podłości i nikczemności wyłoniła się wspaniała literatura, stworzona przez Lessinga, a uwieńczona przez Goethego, Schillera, Kanta, Fichtego i Hegla. Jest rzeczą znaną, że literatura ta ukształtowała się najpierw pod bezpośrednim wpływem wielkiej francuskiej literatury XVII i XVIII stulecia, klasycznej, a później filozoficznej. Trzeba jednak przyznać, że literatura niemiecka natychmiast już w dziełach swego protoplasty Lessinga była całkowicie oryginalna w swym charakterze, treści i formie, które wypływały, rzec można, z samych głębin niemieckiego kontemplacyjnego życia.

W moim przekonaniu, literatura ta jest największą i niemal jedyną zasługą współczesnych Niemiec. Dzięki śmiałemu i szerokiemu zakresowi swych problemów pchnęła naprzód rozum ludzki i odkryła nowe horyzonty dla ludzkiej myśli. Jej główna zasługa polega na tym, że będąc w pełni narodową, była jednocześnie literaturą w najwyższym stopniu ludzką, wszechludzką, co zresztą stanowiło charakterystyczną cechę całej lub prawie całej literatury europejskiej XVIII wieku.

Ale w tym samym czasie, kiedy na przykład literatura francuska w dziełach Woltera, Russa, Diderota i innych encyklopedystów pragnęła rozwiązać wszelkie dotyczące człowieka zagadnienia, nie tylko w dziedzinie teorii, lecz przede wszystkim w praktyce, literatura niemiecka zachowywała swój abstrakcyjny, teoretyczny, najczęściej panteistyczny charakter w stanie nieskażonym i surowym. To była literatura humanizmu abstrakcyjno-poetyckiego i metafizycznego, z którego wyżyn wtajemniczeni patrzyli z pogardą na życie rzeczywiste; z pogardą, zresztą całkowicie zasłużoną, niemiecka codzienność bowiem była pospolita i obrzydliwa.

Tak więc niemieckie życie rozdzieliło się na dwie przeciwstawne sobie i wzajemnie się negujące, chociaż dopełniające się sfery: na świat wzniosłego, szerokiego i w sposób doskonały abstrakcyjnego humanitaryzmu oraz na świat przekazany dziedzictwem historii, świat wiernopoddańczej pospolitości i nikczemności. Rewolucja francuska zastała Niemcy w stanie takiego właśnie rozdwojenia.

Wiemy, że niemal całe literackie środowisko w Niemczech przyjęło rewolucję niezmiernie przychylnie i - rzec można - z pełną aprobaty sympatią. Zżymał się nieco i marszczył Goethe, że odgłos niezwykłych wydarzeń przeszkodził mu, zerwał nici jego naukowych i artystycznych poczynań i poetyckich kontemplacji. Ale większość przedstawicieli czy zwolenników współczesnej literatury, metafizyki i nauki radośnie przyjęła rewolucję, spodziewając się, że urzeczywistni ona wszystkie ideały. Wolnomularstwo, które jeszcze w końcu XVIII wieku odgrywało poważną rolę, łącząc niewidocznymi, lecz dość istotnymi więzami braterstwa najwybitniejszych ludzi wszystkich krajów Europy, sprawiło, że nawiązał się żywy kontakt między francuskimi rewolucjonistami i szlachetnymi marzycielami Niemiec. Gdy wojska republikańskie po stawieniu bohaterskiego oporu księciu Brunszwickiemu, który ratował się haniebną ucieczką, przekroczyły po raz pierwszy Ren, przyjęte były przez Niemców jak wybawcy.

Ten przychylny stosunek Niemców do Francuzów nie trwał długo. Żołnierze francuscy, jak przystoi Francuzom, byli oczywiście bardzo uprzejmi, jako republikanie godni ogólnej sympatii; byli to jednak żołnierze, czyli bezceremonialni przedstawiciele i słudzy przemocy. Wkrótce obecność takich oswobodzicieli stała się dla Niemców uciążliwa i sympatie ich znacznie ostygły. W dodatku sama rewolucja przybrała gwałtowny charakter, co nie dało się w żaden sposób pogodzić ż abstrakcyjnymi pojęciami i z filistersko-kontemplacyjnymi obyczajami Niemców. Heine opowiada, że pod koniec w całych Niemczech tylko jeden filozof z Królewca, Kant, zachował swe sympatie dla rewolucji francuskiej mimo wrześniowej rzezi, stracenia Ludwika XVI i Marii Antoniny i terroru Robespierre'a.

Republikę zastąpił najpierw dyrektoriat, następnie konsulat i wreszcie cesarstwo. Wojska republikańskie stały się ślepym i przez długi czas zwycięskim narzędziem napoleońskich, olbrzymich aż do szaleństwa ambicji. W końcu 1806 roku, po bitwie pod Jena, Niemcy zostały ostatecznie pokonane.

Od 1807 roku zaczyna się nowe życie. Któż nie zna tej zadziwiającej historii błyskawicznego odrodzenia się Królestwa Pruskiego i w konsekwencji całych Niemiec? W 1806 roku cała potęga państwowa, stworzona przez Fryderyka II, jego ojca i jego dziada, była zburzona. Armia zorganizowana i zdyscyplinowana przez wielkiego wodza - zniszczona. Całe Niemcy i całe Prusy, z wyjątkiem królewieckich kresów, zostały zwyciężone przez francuskie wojska i w istocie rzeczy rządzone przez francuskich prefektów, polityczna zaś egzystencja Królestwa Pruskiego oszczędzona została jedynie dzięki prośbom Aleksandra I, cesarza Wszechrosji.

W tej krytycznej sytuacji znalazła się grupa pruskich, a może raczej niemieckich patriotów, ludzi pełnych zapału, rozumnych, śmiałych, zdecydowanych, którzy, nauczeni doświadczeniem i przykładem francuskiej rewolucji, pragnęli ratować Prusy i Niemcy za pomocą szerokich, liberalnych reform. Kiedy indziej, na przykład przed bitwą pod Jena, a bodaj nawet po 1815 roku, wówczas gdy reakcja szlachecko-biurokratyczna odzyskała na nowo wszystkie swoje prawa, nie ośmieliliby się nawet pomyśleć o tego rodzaju reformach. Gdyby tylko ośmielili się pisnąć słowo, zostaliby zniszczeni przez dworską i wojskową partię, a wielce cnotliwy i głupi król Fryderyk Wilhelm III, który nie uznawał nic poza swoim nieograniczonym, ustanowionym przez Boga prawem, osadziłby ich w Szpandawie.

W roku 1807 sytuacja była jednak zupełnie inna. Wojskowo-biurokratyczna i arystokratyczna partia przestała istnieć, skompromitowana i upokorzona do tego stopnia, że straciła wszelki wpływ, król zaś dostał taką nauczkę, od której i głupiec mógł się stać mądrym, choćby na krótko. Gdy baron Stein został premierem, śmiało przystąpił do burzenia starego porządku i tworzenia nowej organizacji Prus.

Jego pierwszym dziełem było zniesienie prawa, według którego chłopi byli przypisani do ziemi, oraz nadanie prawa nabywania ziemi na własność, co więcej, stworzył warunki umożliwiające chłopom wykup ziemi. Drugim jego dziełem było zniesienie przywilejów szlacheckich i zrównanie wobec prawa służby wojskowej i cywilnej wszystkich stanów. Trzecim jego dziełem było wprowadzenie zasady wybieralności w administracji prowincjonalnej i municypalnej. Głównym wreszcie jego dziełem było całkowite zreorganizowanie wojska, a właściwie przekształcenie w wojsko całego pruskiego narodu; wojsko zostało podzielone na trzy kategorie: na armię czynną, landwerę i szturmwerę. Wreszcie baron Stein zapewnił schronienie i otworzył na oścież drzwi pruskich uniwersytetów przed znakomitym Fichtem, którego wygnał za propagandę ateizmu z Jeny książę weimarski, przyjaciel i protektor Goethego.

Fichte rozpoczął swoje wykłady od płomiennego przemówienia, adresowanego głównie do niemieckiej młodzieży, później zaś opublikowanego pod tytułem: "Przemówienie do narodu niemieckiego", w którym doskonale i jasno przepowiedział przyszłą polityczną wielkość Niemiec i dał wyraz pełnemu patriotycznej dumy przeświadczeniu, że narodowi niemieckiemu sądzone jest zostać najwyższym przedstawicielem, co więcej, przywódcą ludzkości, która znalazła w nim jak gdyby swoje uwieńczenie. Taki błąd popełniały wprawdzie przed Niemcami i inne narody, mające większe prawa, by tak sądzić, na przykład starożytni Grecy, Rzymianie, a w czasach nowszych Francuzi. Lecz to błędne przeświadczenie zakorzeniło się głęboko w świadomości każdego Niemca i dziś przybrało rozmiary wręcz potworne i ordynarne. U Fichtego przynajmniej miało ono odcień prawdziwie bohaterski. Fichte wypowiadał je mimo francuskich bagnetów, wówczas gdy Berlinem zarządzał generał napoleoński, a na ulicach rozbrzmiewał odgłos francuskiego bębna. Ponadto idealistyczny światopogląd, który natchnął filozofa dumą patriotyczną, był istotnie pełen humanistycznych treści - tego szerokiego, po części panteistycznego humanizmu, który cechuje wielką literaturę niemiecką XVIII stulecia. Tyle że współcześni Niemcy, zachowując cały ogrom roszczeń swego filozofa-patrioty, wyrzekli się jego humanizmu. Oni go po prostu nie rozumieją i gotowi są z niego nawet szydzić, widząc w nim zwyrodniały produkt abstrakcyjnego, bynajmniej nie praktycznego myślenia. O wiele bardziej dostępny dla nich jest patriotyzm księcia Bismarcka czy patriotyzm pana Marksa.

Jest rzeczą znaną, że Niemcy, wykorzystując klęskę Napoleona w Rosji, jego nieszczęsny odwrót, a raczej ucieczkę ze znikomymi resztkami armii, powstali wreszcie sami. Oczywiście są oni niezmiernie dumni z tego powodu, ale zgoła niesłusznie. Właściwie nie było to wcale spontaniczne powstanie narodowe; po prostu, gdy pokonany Napoleon przestał być niebezpieczny i straszny, niemieckie, najpierw pruskie, a potem i austriackie korpusy, które przedtem walczyły z Rosją, teraz zwróciły się przeciwko Napoleonowi, łącząc się ze zwycięskim wojskiem rosyjskim, ścigającym Napoleona. Legalny, lecz dotychczas nieszczęśliwy król Fryderyk Wilhelm III ze łzami wzruszenia i wdzięczności uścisnął w Berlinie swego wybawiciela, cesarza wszechrosyjskiego, i natychmiast wydał manifest wzywający swych wiernych poddanych do legalnego powstania przeciwko bezprawnemu i zuchwałemu Napoleonowi. Młodzież niemiecka, przeważnie pruska, posłuszna wezwaniu swego króla i ojca, powstała i utworzyła legiony, które zostały wcielone do regularnej armii. Niewiele omylił się pruski radca tajny i znany szpieg, oficjalny donosiciel, gdy w wydanej w 1815 roku broszurze, która wywołała oburzenie wszystkich patriotów, negując wszelki samodzielny wkład narodu do sprawy wyzwolenia, powiedział, że obywatele pruscy chwycili za broń dopiero wówczas, kiedy król im kazał, i że nie było w tym nic bohaterskiego ani nadzwyczajnego, lecz tylko zwykłe spełnienie obowiązku przez każdego wiernego poddanego". W każdym razie Niemcy zostały oswobodzone z francuskiej niewoli i po ostatecznym zakończeniu wojny zajęły się sprawą wewnętrznych przemian pod zwierzchnictwem Austrii i Prus. Po pierwsze, zajęły się mediatyzacją między wielu drobnymi księstwami, które w ten sposób z niepodległych państewek stały się bardzo szanowanymi i bogato (na rachunek miliarda otrzymanego od Francuzów) opłacanymi poddanymi.

Po drugie, przystąpiły do uregulowania wzajemnych stosunków między książętami udzielnymi a poddanymi. Podczas wojny, kiedy nad wszystkimi wisiał jeszcze miecz Napoleona, książęta udzielni, zarówno wielcy jak mali, nie mogąc się obejść bez wiernopoddańczej pomocy swoich narodów, poczynili mnóstwo obietnic. Rząd pruski, a za nim i wszystkie inne rządy obiecały ogłosić konstytucję. Lecz teraz, kiedy groza minęła, rządy przekonały się, że obejdzie się bez konstytucji. Rząd austriacki, pod przewodnictwem księcia Metternicha, oznajmił po prostu o swej decyzji powrotu do dawnego patriarchalnego ustroju. Najdobrotliwszy cesarz Franciszek, cieszący się ogromną popularnością wśród wiedeńskich mieszczan, ogłosił to wprost na audiencji udzielonej profesorom liceum w Lublanie.

"Teraz panuje moda na nowe idee - powiedział - nie mogę tego pochwalić i nigdy nie pochwalę. Trzymajcie się starych poglądów; nasi poprzednicy, wyznając je, byli szczęśliwi, dlaczegóż więc i my nie mamy być szczęśliwi? Nie potrzeba mi uczonych, tylko uczciwych i posłusznych obywateli. Wykształcić ich - oto wasz obowiązek. Kto mnie służy, ten musi uczyć tak, jak ja każę. Kto nie może albo nie chce tego uczynić, ten niechaj odejdzie, bo inaczej ja go usunę..."

Cesarz Franciszek Józef dotrzymał słowa. W Austrii aż do 1848 roku panowała samowola bez granic. W jak najbardziej surowy sposób stosowany był ten system rządzenia, który za główny cel miał usypianie i ogłupianie poddanych. Myśl ospała i bezwładna panowała nawet w uniwersytetach. Zamiast żywej nauki studiowano tam jakieś szablonowe komunały. Nie było literatury oprócz domorosłych romansów o skandalicznej treści i bardzo lichych wierszy. Nauki przyrodnicze byty pięćdziesiąt lat spóźnione w stosunku do ich ówczesnego stanu w pozostałej Europie. Nie istniało życie polityczne. Rolnictwo, przemysł i handel pogrążyły się w bezwładzie podobnym bezwładowi chińskiemu. Lud, masy robotnicze żyły w strasznym ucisku. I gdyby nie Włochy, a po części także Węgry, które swymi burzliwymi rokoszami niepokoiły błogi sen wiernych poddanych Austrii, można byłoby całe to państwo traktować jako olbrzymie państwo umarłych.

Opierając się na tym cesarstwie, Metternich w ciągu trzydziestu trzech lat usiłował doprowadzić całą Europę do takiego właśnie stanu. Stał się kamieniem węgielnym, duszą, wodzem reakcji europejskiej, toteż oczywiście musiał się przede wszystkim, troszczyć, by wszelkie liberalne zakusy w Niemczech zostały zniszczone.

Najbardziej niepokoiły go Prusy, państwo nowe, młode, które znalazło się w szeregu największych mocarstw dopiero w końcu ostatniego stulecia. Swój rozkwit zawdzięczały one geniuszowi Fryderyka II, następnie Śląskowi, który zabrano Austrii, potem rozbiorowi Polski, wreszcie śmiałemu liberalizmowi barona Steina, Scharnhorsta i innych współpracowników w dziele pruskiego odrodzenia, które mogło pociągnąć za sobą wyzwolenie ogólnoniemieckie. Wydawało się, że wszystkie okoliczności, niedawne wydarzenia, doświadczenia, powodzenie i zwycięstwo oraz żywotne interesy Prus, powinny były pobudzić ich rząd do dalszych śmiałych kroków na tej nowej drodze, która okazała się tak szczęśliwa i zbawienna. Tego właśnie obawiał się tak strasznie Metternich - i miał zupełną rację.

Już za czasów Fryderyka II, kiedy całe pozostałe Niemcy, doprowadzone do najgłębszego upadku umysłowego i moralnego, były ofiarą bezceremonialnego, bezczelnego i cynicznego rządu intryg i łupiestwa zdeprawowanych dworów, w Prusach realizowano ideał porządnej, uczciwej i możliwie sprawiedliwej administracji. Tam był tylko jeden despota, wprawdzie nieubłagany i okrutny - rozum państwowy, czyli racja stanu, której absolutnie wszystko składało się w ofierze i przed którą wszelkie prawo musiało się ugiąć. Natomiast o wiele mniej było osobistej demoralizacji i samowoli aniżeli we wszystkich innych państwach niemieckich. Poddany pruski był niewolnikiem państwa ucieleśnionego w osobie króla, ale nie był zabawką jego dworu, kochanek czy faworytów, jak w innych częściach Niemiec. Dlatego też już wówczas całe Niemcy patrzyły na Prusy ze szczególnym szacunkiem.

Po 1807 roku szacunek ten i towarzyszące mu prawdziwe uczucie sympatii wzmogły się nadzwyczajnie. Wówczas to bowiem państwo pruskie, doprowadzone niemal do zupełnej ruiny, szukać zaczęło ratunku dla siebie i dla całych Niemiec w liberalnych reformach. Po przeprowadzeniu szeregu pomyślnych reform król pruski wezwał nie tylko swój naród, lecz całe Niemcy do powstania przeciwko francuskiemu zaborcy, jednocześnie obiecując nadać swojemu narodowi po ukończeniu wojny najszerszą liberalną konstytucję. Został nawet naznaczony termin wypełnienia tej obietnicy, a mianowicie dzień 1 września 1815 roku. Tę uroczystą obietnicę królewską podano do powszechnej wiadomości w dniu 22 maja 1815 roku, po powrocie Napoleona z wyspy Elby, przed klęską pod Waterloo. Powtarzała ona tylko to, co było zawarte w zbiorowym zobowiązaniu wszystkich europejskich monarchów, zebranych na Kongresie Wiedeńskim, podjętym na wiadomość o wylądowaniu Napoleona, która to wiadomość wprawiła ich wszystkich w paniczny popłoch. Powyższe zobowiązanie zostało włączone jako jeden z najistotniejszych punktów do akt dopiero co utworzonego Związku Niemieckiego.

Niektórzy spośród władców niewielkich państewek środkowych i południowych Niemiec dość uczciwie spełnili swoje obietnice. Jednakże w północnych Niemczech, gdzie przeważał zdecydowanie szlachecki wojskowo-biurokratyczny element, panował nadal dawny arystokratyczny ustrój, jawnie i mocno popierany przez Austrię.

Od 1815 roku do maja 1819 roku całe Niemcy żywiły nadzieję, że Prusy, w przeciwieństwie do Austrii, otoczą swą możną opieką powszechne dążenie do liberalnych reform. Zdawało się, że wszystkie okoliczności i żywotne interesy rządu pruskiego powinny go były skierować na tę drogę. Nie mówiąc już o uroczystej obietnicy króla Fryderyka Wilhelma III, podanej do publicznej wiadomości w maju 1815 roku, wszystkie doświadczenia, jakie musiały przebyć Prusy poczynając od 1807 roku, zdumiewające ich odrodzenie, które zawdzięczały głównie liberalnej polityce swego rządu - wszystkie powyższe czynniki powinny były tym mocniej skłaniać je w tym kierunku. Istniała wreszcie jeszcze jedna i bardzo ważna przyczyna, ze względu, na którą rząd pruski w sposób otwarty i zdecydowany musiał dążyć w kierunku liberalnych reform, mianowicie historyczne współzawodnictwo młodej monarchii pruskiej ze starym państwem austriackim.

Kto stanie na czele Niemiec - Austria czy Prusy? Takie oto pytanie stanęło w związku z niedawnymi wydarzeniami, jako żelazna konsekwencja sytuacji, w której znalazły się oba państwa. Niemcy, jak niewolnik, który przyzwyczaił się do posłuszeństwa, nie umie, więc żyć na wolności i wcale jej nie pragnie, szukały potężnego pana, zwierzchnika-rozkazodawcy, aby móc mu się oddać całkowicie. Pragnęły, by on połączył je w jedną nierozdzielną całość państwową i zapewnił im honorowe miejsce pośród najpotężniejszych mocarstw Europy. Takim panem mógł być albo cesarz austriacki, albo król pruski. Wspólnie tego miejsca zająć nie mogli, ponieważ paraliżowaliby się wzajemnie i tym samym skazaliby Niemcy na dawną bezradność i bezsilność.

Z samej natury rzeczy polityka Austrii musiała być wsteczna. Austria nie mogła działać inaczej. Bliska schyłku, znajdowała się w tym stadium uwiądu starczego, gdy każdy ruch grozi śmiercią, a bezruch jest koniecznym warunkiem podtrzymania niedołężnej egzystencji. Austria w imię własnego ratunku powinna była bronić zasady bezruchu nie tylko w Niemczech, ale i w całej Europie. Każdy przejaw życia narodu, każde dążenie naprzód w jakimkolwiek zakątku kontynentu europejskiego było dla niej obrazą i groźbą. Umierając chciała, żeby wszystko wraz z nią umarło. Tymczasem w życiu politycznym, podobnie jak w każdym innym życiu, cofanie się, a choćby tylko stanie w miejscu - oznacza śmierć... Jest więc rzeczą zrozumiałą, że Austria użyła ostatnich, zresztą pod względem materialnym jeszcze ogromnych sił, aby bez litości i wytrwale zdusić wszelki w ogóle ruch w Europie, a w Niemczech w szczególności.

Właśnie ze względu na tę politykę Austrii, prowadzoną z konieczności, polityka Prus musiała być całkowicie jej przeciwstawna. Po wojnach napoleońskich, po Kongresie Wiedeńskim, który znacznie zaokrąglił ich granice kosztem utraty całej prowincji przez Saksonię, a zwłaszcza po decydującej bitwie pod Waterloo wygranej przez połączone armie, pruską pod dowództwem Bluchera oraz angielską pod dowództwem Wellingtona, wreszcie po powtórnym uroczystym wkroczeniu wojsk pruskich do Paryża - Prusy zajęły piąte miejsce wśród najpotężniejszych mocarstw europejskich. Ale nie mogły jeszcze tym mocarstwom dorównać ani pod względem rzeczywistego bogactwa państwa, liczby ludności, ani pod względem położenia geograficznego. Szczecin, Gdańsk i Królewiec na Morzu Bałtyckim nie wystarczały, aby móc stworzyć większą flotę handlową, nie mówiąc już o silnej flocie wojennej. Granice Prus, dziwacznie rozciągnięte i rozdzielone cudzymi posiadłościami od nowo nabytych prowincji nadreńskich, były pod względem wojennym nadzwyczaj niedogodne, niezmiernie trudne do obrony, natomiast dostępne atakom ze strony południowych Niemiec, Hanoweru, Holandii, Belgii i Francji. Ponadto ludność Prus w 1815 roku sięgała zaledwie 15 milionów.

Pomimo tej słabości pod względem materialnym, która uwydatniła się jeszcze o wiele silniej za Fryderyka II, udało się administracyjnemu i wojennemu geniuszowi wielkiego króla stworzyć polityczną i wojskową siłę Prus. Twór jego jednak został obrócony w pył przez Napoleona. Po bitwie pod Jena trzeba było wszystko tworzyć na nowo. I widzieliśmy, że jedynie dzięki wielu najbardziej śmiałym i liberalnym reformom światli i rozumni patrioci państwowi zdołali Prusom przywrócić nie tylko ich dawne znaczenie i dawną siłę, ale nawet wydatnie je zwiększyć. Rzeczywiście potęga Prus tak wzrosła, że mogły one zająć jedno z pierwszych miejsc wśród wielkich mocarstw, wzrosła jednak nie do tego stopnia, aby to miejsce móc dłużej utrzymać, jeśli nie dążyłyby one nadal nieugięcie do zwiększenia swego politycznego znaczenia, swego moralnego wpływu, do zaokrąglenia i rozszerzenia swoich granic.

Aby osiągnąć ten cel, Prusy miały przed sobą dwie różne drogi. Jedna, przynajmniej z pozoru, bardziej ludowa; druga - czysto państwowa i wojskowa. Idąc pierwszą drogą, Prusy powinny by śmiało stanąć na czele konstytucyjnego ruchu Niemiec. Król Fryderyk Wilhelm III, idąc za wielkim przykładem znakomitego Wilhelma Orańskiego (1688 r.), powinien był wypisać na swym sztandarze: "Za wiarę protestancką i za wolność Niemiec" i w ten sposób jawnie wystąpić do walki przeciwko austriackiemu katolicyzmowi i przeciwko despotyzmowi. Idąc drugą drogą, Fryderyk złamałby swoje uroczyste królewskie słowo, wyrzekając się stanowczo planów wszelkich dalszych liberalnych reform w Prusach, stając jawnie po stronie reakcji w Niemczech. Ale jednocześnie skoncentrowałby całą swą uwagę i wszystkie wysiłki na udoskonaleniu administracji wewnętrznej oraz wojska z myślą o przyszłych możliwych podbojach.

Istniała jeszcze trzecia droga, wytyczona wprawdzie w zamierzchłych czasach, mianowicie przez rzymskich cesarzy, Augustów oraz ich następców, lecz już od dawna zatarta i na nowo odkryta dopiero w ostatnich latach przez Napoleona III, a przez ucznia jego, księcia Bismarcka, całkowicie oczyszczona i udoskonalona. Jest to droga państwowego, wojskowego i politycznego despotyzmu pod upiększającą go maską jak najbardziej szerokich, a zarazem niewinnych form przedstawicielstwa ludu.

W 1815 roku droga ta nie była jeszcze znana. Nikt nie domyślał się wówczas jeszcze tej prawdy, znanej dziś najgłupszym nawet despotom, że tak zwane konstytucyjne formy, czyli przedstawicielstwo ludu nie przeszkadza państwowemu, wojskowemu, politycznemu i finansowemu despotyzmowi, lecz go jak gdyby legalizuje i nadaje mu fałszywe pozory rządów ludowych, przyczyniając się do zwiększenia znacznie jego mocy i siły.

Nikt nie znał i nie mógł znać tej prawdy, ponieważ ani burżuazja, ani sam proletariat nie dostrzegał tak wyraźnie, jak obecnie, tego głębokiego rozłamu, istniejącego między klasą wyzyskującą a wyzyskiwanym proletariatem. Wówczas wszystkie rządy, a także i sama burżuazja były przekonane, że za burżuazja stoi lud i że wystarczy, aby ona wystąpiła, dała znak, a cały lud powstanie razem z nią przeciwko rządowi. Teraz rzecz ma się zupełnie inaczej: burżuazja we wszystkich krajach Europy boi się przede wszystkim rewolucji socjalnej, wie, że przed tą burzą chroni ją jedynie państwo i dlatego też zawsze pragnie i żąda możliwie silnego państwa lub - mówiąc po prostu - dyktatury wojskowej. Ażeby łatwiej oszukać masy ludowe, burżuazja chciałaby tę dyktaturę ubrać w formy ludowego przedstawicielstwa, które pozwoliłyby jej wyzyskiwać masy ludowe w imię samego ludu.

W roku 1815 nie obserwujemy jednak jeszcze w żadnym kraju Europy ani tego lęku, ani tej podstępnej polityki. Przeciwnie, burżuazja była wszędzie liberalna. Wierzyła w sposób szczery i naiwny, że pracując dla siebie, pracuje dla wszystkich, i nie bała się ludu, nie bała się judzić go przeciwko rządowi. Dlatego też wszystkie rządy opierały się w miarę możliwości na szlachcie i były wrogo usposobione względem burżuazji jako klasy rewolucyjnej.

Nie ulega wątpliwości, że w roku 1815, jako też i znacznie później, wystarczyło, aby Prusy uczyniły najdrobniejszy nawet krok w kierunku liberalizacji, aby król pruski dał swoim poddanym choćby cień konstytucji burżuazyjnej - a całe Niemcy uznałyby go za swego wodza. Wówczas nie zdążyła się jeszcze rozwinąć w niepruskich Niemczech ta silna antypatia względem Prus, która przejawiła się w latach późniejszych, a zwłaszcza w 1848 roku. Przeciwnie, wszystkie kraje niemieckie patrzyły na Prusy z nadzieją, spodziewając się, że one właśnie rzucą hasła wyzwolenia, i wystarczyłoby wprowadzić połowę tych instytucji liberalnych i reprezentujących lud, jakimi rząd pruski w ostatnich czasach, bez żadnego zresztą uszczerbku dla despotycznej władzy, tak hojnie obdarował nie tylko pruskich, ale także wszystkich niepruskich - z wyjątkiem austriackich - Niemców, aby przynajmniej całe nie-austriackie Niemcy uznały pruską hegemonię.

Tego rodzaju perspektywy budziły poważne obawy w Austrii; wystarczały one, aby już wówczas postawić ją w tym trudnym i rozpaczliwym położeniu, w jakim się znajduje obecnie. Gdyby straciła pierwsze miejsce w Związku Niemieckim, przestałaby być w ogóle niemieckim mocarstwem. Widzieliśmy, że Niemcy stanowią zaledwie czwartą część całej ludności cesarstwa austriackiego. Dopóki prowincje niemieckie, a także niektóre słowiańskie prowincje Austrii, jak np. Czechy, Morawy, Śląsk, Styria, były, razem wzięte, jednym z członków Związku Niemieckiego, dopóty Niemcy austriaccy, opierając się na całej licznej reszcie mieszkańców Niemiec, mogli do pewnego stopnia patrzeć na swe państwo jak na państwo niemieckie. Gdyby tylko jednak cesarstwo austriackie oddzieliło się od Związku Niemieckiego, tak jak to się stało obecnie, to dziewięcio-milionowa, a wówczas nawet jeszcze mniej liczna ludność niemiecka Austrii okazałaby się w poważnej mniejszości, aby móc zachować swą historyczną przewagę. Austriaccy Niemcy musieliby przestać być poddanymi habsburskiego dworu i połączyć się z resztą Niemiec. Właśnie w tym kierunku zmierzają teraz, jedni świadomie, inni nieświadomie, i wskutek tej dążności cesarstwo austriackie jest skazane na rychłą śmierć.

W momencie ustalenia w Niemczech pruskiej hegemonii rząd austriacki byłby zmuszony oderwać swoje niemieckie prowincje od całości Niemiec, ponieważ, po pierwsze - pozostawiając je w Związku Niemieckim byłby faktycznie poddał je, a tym samym i siebie, panowaniu króla pruskiego; po drugie - groziłoby cesarstwu austriackiemu rozpadnięcie się na dwie części: na niemiecką, uznającą hegemonię Prus, i na całą pozostałą, nie uznającą tej hegemonii, co byłoby także równoznaczne z zagładą cesarstwa austriackiego.

Mógł wchodzić w rachubę jeszcze inny środek ratunku, który chciał zastosować w 1850 roku książę Schwarzenberg. Nie udało mu się to jednak i udać nie mogło, a mianowicie: wcielić do Związku Niemieckiego całe imperium z Węgrami, z Transylwanią i ze wszystkimi jego prowincjami słowiańskimi i włoskimi jako całość, jako państwo niepodzielne. Próba udać się nie mogła, ponieważ Prusy przeciwstawiłyby się jej w sposób rozpaczliwy, a razem z Prusami i większa część Niemiec byłaby projektowi przeciwna, jak to zresztą było w 1850 roku; sprzeciwiłyby się także wszystkie inne wielkie mocarstwa, zwłaszcza Rosja i Francja, wreszcie zbuntowałyby się pozostałe trzy czwarte ludności austriackiej, a więc Słowianie, Rumuni, Włosi, dla których sama myśl, że mogliby stać się Niemcami, których nienawidzą, wydaje się haniebną.

Jest rzeczą naturalną, że Prusy i całe Niemcy byłyby przeciwne tej próbie, której urzeczywistnienie byłoby zgubą dla Prus i pozbawiłoby je ich czysto niemieckiego charakteru; Niemcy zaś przestałyby być ojczyzną Niemców, przeobraziłyby się w jakąś chaotyczną i przemocą gromadzoną zbieraninę najróżniejszych narodowości. Rosja natomiast i Francja nie mogłyby się na to zgodzić, ponieważ Austria podporządkowałaby sobie całe Niemcy i stałaby się nagle najpotężniejszym mocarstwem na kontynencie Europy.

Austrii pozostawała tylko jedna droga, a mianowicie: nie wchłaniać Niemiec, przystępując do nich całkowicie, ale jednocześnie nie dopuścić do tego, żeby Prusy stanęły na czele Związku Niemieckiego. Stosując taką politykę, Austria mogła liczyć na czynną pomoc Francji i Rosji. Jeśli zaś chodzi o politykę Rosji, to ona do ostatniej chwili, tj. do wojny krymskiej, polegała na systematycznym podtrzymywaniu wzajemnego współzawodnictwa Austrii i Prus, aby żadne z tych państw nie mogło uzyskać przewagi nad drugim, a jednocześnie na wzniecaniu nieufności i strachu w małych i średnich państwach niemieckich i popieraniu ich przeciwko Austrii i Prusom.

Wpływ, który Prusy wywierały na pozostałe Niemcy, miał głównie moralny charakter; wpływ ten rozszerzał się bowiem dzięki nadziei, że oto wkrótce rząd pruski, który niedawno dał tak liczne dowody, iż zmierza w patriotycznym, oświeconym i liberalnym kierunku, zgodnie z daną obietnicą przyzna konstytucję swoim poddanym, a przez to samo stanie na czele postępowego ruchu w całych Niemczech. A więc książę Metternich winien był troszczyć się o to przede wszystkim, żeby król pruski poddanym swoim konstytucji nie nadał i żeby razem z austriackim cesarzem stanął na czele reakcji w Niemczech. W tym dążeniu znalazł on też najgorętsze poparcie ze strony Francji, rządzonej przez Burbonów, i w cesarzu Aleksandrze, rządzonym przez Arakczejewa. Książę Metternich znalazł równie gorące poparcie i w samych Prusach, prawie u całej pruskiej szlachty oraz u wyższej biurokracji wojskowej i cywilnej, wreszcie i u samego króla.

Król Fryderyk Wilhelm III był człowiekiem bardzo dobrym, ale był to król, toteż - jak królowi przystoi - był despotą z natury, z wychowania i z nawyku. Ponadto był on pobożnym i wierzącym synem ewangelickiego Kościoła, pierwszy zaś dogmat tego Kościoła głosi, że "wszelka władza dana jest od Boga". Wierzył, więc na serio, że jest pomazańcem bożym, wierzył w swoje prawo, a raczej, że obowiązkiem każdego poddanego jest być posłusznym monarsze i wykonywać bez namysłu jego rozkazy. Takie rozumowanie nie mogło iść w parze z liberalizmem. Prawda, że w epoce, gdy państwo dosięgła niedola, obiecywał swym wiernym poddanym wprowadzenie najbardziej liberalnych reform. Lecz czynił to poddając się wymaganiom interesu państwowego, wobec którego, jako wobec siły wyższej, nawet sam monarcha musi być posłuszny. Teraz niedola minęła, a więc i obietnica, której spełnienie byłoby szkodliwe dla samego narodu, przestała obowiązywać.

Sytuację tę świetnie objaśnił arcybiskup Eylert we współczesnym kazaniu: "Król - powiada - postępował jak mądry ojciec. W rocznicę swych urodzin lub wyzdrowienia ojciec, wzruszony miłością dzieci, złożył im różne obietnice; potem z należytym spokojem zmienił je, przywracając znowu swoją naturalną i zbawczą władzę". Nie tylko król, lecz dwór cały, cała generalicja oraz wyższa biurokracja - wszyscy przejęli się tym duchem. W epoce niedoli, którą ściągnęli na Prusy, zamilkli znosząc w milczeniu nieodwracalne reformy barona Steina i jego głównych współpracowników. Teraz jednak, gdy nieszczęście minęło, powrócili do swych intryg i czynią więcej hałasu niż przedtem.

To byli szczerzy reakcjoniści, nie mniej zdecydowani w swych poglądach niż król, a bodaj nawet jeszcze więcej. Nie rozumieli idei patriotyzmu ogólnoniemieckiego i z całej duszy jej nienawidzili. Niemiecki sztandar był im wstrętny i uważali go za wyraz buntu. Znali tylko swoje kochane Prusy, które zresztą gotowi byli zgubić po raz drugi, byleby tylko nie uczynić najmniejszych ustępstw na rzecz znienawidzonych liberałów. Myśl o przyznaniu burżuazji jakichkolwiek politycznych praw, zwłaszcza prawa krytyki i kontroli, myśl o możliwym zrównaniu burżuazji z nimi samymi, wzbudzała w nich po prostu przerażenie i nie dające się opisać oburzenie. Oni pragnęli i żądali rozszerzenia i zaokrąglenia pruskich granic, ale wyłącznie w drodze podbojów. Od samego początku cel ich był wytknięty wyraźnie; w przeciwieństwie do partii liberalnej, która dążyła do zniemczenia Prus, oni chcieli Niemcy sprusaczyć.

Przy tym niemal wszyscy, począwszy od ich przywódcy, królewskiego przyjaciela, księcia Wittensteina, który wkrótce został premierem, byli na żołdzie u księcia Metternicha. Przeciwko nim występowała nieliczna grupa ludzi, przyjaciół i współpracowników barona Steina, który otrzymał już dymisję. Ta garstka państwowych patriotów czyniła w dalszym ciągu niewiarygodne wysiłki, aby utrzymać króla na drodze liberalnych reform; nie znajdując jednak oparcia nigdzie, tylko w opinii publicznej, lekceważonej zarówno przez króla jak dwór, biurokrację i armię - szybko została obalona. Złoto Metternicha i samorzutnie reakcyjne tendencje wyższych sfer niemieckich okazały się o wiele silniejsze.

Aby więc urzeczywistnić swe liberalne plany, Prusom pozostała jedna tylko droga: udoskonalać i stopniowo zwiększać środki administracyjne i finansowe, a także siły wojskowe, aby przygotować się do przyszłych podbojów w samych Niemczech, tj. do stopniowego podboju całych Niemiec. Droga ta była zresztą zgodna całkowicie z tradycjami i całą istotą pruskiej monarchii militarnej, biurokratycznej, policyjnej, słowem - państwowej, tj. działającej za pomocą zalegalizowanego gwałtu we wszystkich swoich zagranicznych oraz wewnętrznych poczynaniach. Od tej chwili w niemieckich oficjalnych sferach kształtował się ideał rozumnego i oświeconego despotyzmu, który rządził Prusami aż do 1848 roku. Był on równie sprzeczny z liberalnymi dążeniami pangermańskiego patriotyzmu, jak despotyczny abskurantyzm księcia Metternicha.

 

Proletariat a państwo współczesne | Nieuchronność Rewolucji Socjalnej | Pangermanizm a panslawizm | Słowianie a organizacja państwowa | Dążenie do hegemoni mocarstw europejskich | Państwo rosyjskie a wyzwolenie Słowian | Ustanowienie imperium pangermańskiego | Niemiecki liberalizm | Metafizyka a rewolucja



[strona główna] [biografia] [pisma] [opracowania] [ikonografia] [bibliografia] [odnośniki] [redakcja]
Strony Internetowe Trojka Design  © 2001-2013 rozbrat.org