Michał Bakunin

PAŃSTWOWOŚĆ A ANARCHIA
Walka dwóch partii w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Robotników


Państwo rosyjskie a wyzwolenie Słowian

Niektórzy przypuszczają, że Rosja może oddać Polsce przynajmniej Litwę. Nie mają racji. Rosja nie może tego uczynić z tych samych przyczyn. Litwa (6) zjednoczona z Polską niewątpliwie stałaby się wypadową bazą państwa polskiego, które pod patriotycznymi sztandarami ruszyłoby na podbój prowincji nadbałtyckich oraz Ukrainy. Wystarczy wyzwolić państwo polskie, a natychmiast Warszawa porozumie się z Wilnem, Grodnem, Mińskiem, być może nawet z Kijowem, nie mówiąc już o Podolu i Wołyniu.

Cóż więc uczynić? Polacy są narodem tak niespokojnym, że nie można im pozostawić ani kawałka wolnej ziemi; natychmiast zaczną tam spiskować, kontaktować się potajemnie ze wszystkimi zabranymi prowincjami, żeby tylko odbudować polskie państwo. W roku 1841 na przykład jedynym wolnym miastem był Kraków, więc Kraków stał się ośrodkiem ogólnopolskiego ruchu rewolucyjnego.

Czyż nie jest rzeczą jasną, że cesarstwo rosyjskie może istnieć nadal jedynie pod tym warunkiem, że będzie gnębiło Polskę, stosując metody Murawjowa? Mówimy o cesarstwie, nie o narodzie rosyjskim, który w naszym przekonaniu nie ma nic wspólnego z cesarstwem; interesy narodu, wszystkie instynktowne jego dążenia są całkowicie sprzeczne z interesami i celami, które stawia sobie cesarstwo.

Gdy tylko cesarstwo runie i narody: wielkoruski, małoruski, białoruski i inne ustanowią wolność, ambitne dążenia polskich patriotów państwowych nie będą dla nich groźne, mogą one być zabójcze tylko dla imperium.

Dlatego właśnie żaden cesarz wszechrosyjskiego imperium, jeżeli tylko będzie przy zdrowych zmysłach i nie zostanie zmuszony nieodpartą koniecznością, nigdy nie zgodzi się oswobodzić najmniejszej nawet części Polski. Jeżeli zaś nie zwróci wolności Polakom, to czyż może wzywać Słowian do buntu?

Przyczyny, które nie pozwoliły mu wznieść panslawistycznego sztandaru buntu, istnieją również i obecnie, natomiast kiedyś cesarz mógł obiecywać sobie więcej korzyści po tym buncie niż obecnie. Kiedyś mógł jeszcze liczyć na powstanie Madziarów i Włochów uciskanych pod znienawidzonym jarzmem Austrii. Dziś Włochy zachowałyby bez wątpienia neutralność, ponieważ jest bardzo prawdopodobne, że Austria zwróciłaby im bez sporu, za cenę spokoju, te nieliczne pozostałości ziem włoskich, jakie jeszcze znajdują się pod jej panowaniem. Jeśli zaś chodzi o Madziarów, to niewątpliwie z całą pasją, zrodzoną przez ich własny władczy stosunek do Słowian, opowiedzieliby się po stronie Niemców przeciwko Rosji.

W wypadku panslawistycznej wojny prowadzonej przez cesarza rosyjskiego z Niemcami mógłby on liczyć jedynie na mniej lub bardziej czynny współudział Słowian, i to tylko Słowian austriackich. Gdyby bowiem zamierzał wzniecić powstanie wśród Słowian tureckich, znalazłby się w obliczu nowego wroga - Anglii, gorliwej orędowniczki niezawisłej egzystencji państwa ottomańskiego. Słowiańska ludność Austrii liczy około 17 milionów, w tym 5 milionów zamieszkałych w Galicji, a tutaj działania bardziej lub mniej sympatyzujących z Rosją Rusinów byłyby udaremnione przez wrogo nastrojonych Polaków. Pozostaje, więc 12 milionów, na których powstanie cesarz rosyjski mógłby ewentualnie liczyć. Trzeba by było jeszcze wyłączyć tych Słowian, którzy zostali wcieleni do wojska austriackiego i którzy, zgodnie ze zwyczajem każdego wojska, na rozkaz zwierzchników walczyliby z każdym. Ponadto przypomnieć należy, że te 12 milionów nie koncentrują się w jednym lub kilku punktach, lecz są rozproszone po całym terytorium cesarstwa austriackiego, posługują się zupełnie innymi narzeczami i są zmieszane z Niemcami, z Madziarami, z Rumunami lub wreszcie z ludnością włoską. Jest to siła dość wielka dla utrzymania w ciągłym strachu austriackiego rządu i w ogóle Niemców, ale zbyt mała, żeby rosyjskim wojskom móc zapewnić oparcie przeciw sojuszniczym siłom pruskich Niemiec i Austrii.

Niestety! Rząd rosyjski doskonale zna i ocenia tę sytuację, nigdy przeto nie miał i nie poweźmie zamiaru prowadzenia panslawistycznej wojny z Austrią, wojny, która przekształciłaby się nieuchronnie w wojnę przeciwko całym Niemcom. Jeżeli jednak takich zamiarów nie żywi, to po co prowadzi za pośrednictwem swych agentów prawdziwą panslawistyczną propagandę w austriackich posiadłościach? Czyni to z tej samej i nader prostej przyczyny, o której była już mowa, a mianowicie: dla rządu rosyjskiego jest rzeczą przyjemną i korzystną posiadać takie mnóstwo gorliwych, a zarazem ślepych, żeby nie powiedzieć: głupich, zwolenników we wszystkich prowincjach austriackich. Oni paraliżują, krępują, niepokoją rząd austriacki, a tym samym wzmacniają wpływ Rosji nie tylko w Austrii, lecz i w całych Niemczech. Rosja cesarska podburza Słowian austriackich przeciw Madziarom i Niemcom, choć wie dobrze, że w końcu wyda ich w ręce tychże Madziarów i Niemców. Nikczemna to gra, ale na wskroś państwowa.

Cesarstwo wszechrosyjskie znajdzie niewielu sojuszników na Zachodzie, którzy mogliby być dla niego prawdziwym oparciem w razie panslawistycznej wojny przeciw Niemcom. Z kim zaś musiałoby walczyć? Po pierwsze ze wszystkimi pruskimi i austriackimi Niemcami, po drugie z Madziarami, po trzecie z Polakami.

Nie biorąc pod uwagę Polaków ani nawet Madziarów, zapytamy: czy carska Rosja zdolna jest prowadzić agresywną wojnę przeciwko zjednoczonym siłom całych Niemiec, pruskich i austriackich, a choćby nawet tylko pruskich? Powiadamy: wojnę agresywną, ponieważ wychodzi się tutaj z założenia, że Rosja przedsięweźmie ją dla rzekomego wyzwolenia, a w istocie dla podboju Słowian austriackich.

Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że w Rosji żadna wojna agresywna nie będzie wojną narodową. Jest to reguła niemal powszechna; narody rzadko biorą żywy udział w wojnach, które rządy ich przedsiębiorą i prowadzą poza granicami ojczyzny. Takie wojny bywają najczęściej wyłącznie polityczne, jeżeli ponadto nie wchodzi w grę sprawa religijna albo rewolucyjna. Takie były dla Niemców, Francuzów, Holendrów, Anglików, a nawet dla Szwedów w XVI wieku wojny między protestantami a katolikami. Takie też były dla Francji w końcu wieku XVIII wojny rewolucyjne. Ale w najnowszej historii znamy dwa wyjątkowe przykłady, kiedy masy ludowe ustosunkowały się z prawdziwą sympatią do wojen politycznych prowadzonych przez ich rządy w celu rozszerzenia granic państwa lub w imię innych, wyłącznie politycznych interesów.

Pierwszy przykład dał lud francuski za czasów Napoleona I. Ale nie jest to jeszcze przypadek całkowicie jednoznaczny, ponieważ wojska cesarskie były bezpośrednią kontynuacją i niejako naturalnym rezultatem wojsk rewolucyjnych, tak że lud francuski, nawet po upadku Napoleona, traktował je w dalszym ciągu jako element tej samej sprawy rewolucyjnej.

O wiele bardziej przekonywający jest przykład drugi, mianowicie przykład gorącego entuzjazmu, jaki ożywiał cały naród niemiecki w stosunku do bezsensownej wielkiej wojny podjętej przez nowo powstałe państwo prusko-niemieckie przeciwko Drugiemu Cesarstwu francuskiemu. Istotnie, w tej znamiennej, dopiero co minionej epoce cały naród niemiecki, wszystkie warstwy społeczeństwa niemieckiego (z wyjątkiem może tylko niewielkiej garstki robotników) przejęte były wyłącznie sprawą polityczną, sprawą umocnienia i rozszerzenia granic państwa pangermańskiego. Sprawa ta jeszcze i teraz góruje nad wszystkimi innymi w umysłach i sercach wszystkich Niemców bez różnicy stanów, i to właśnie stanowi w naszych czasach o szczególnej sile Niemiec.

Dla każdego, kto choć trochę zna i rozumie Rosję, powinno być jasne, że żadna wojna agresywna, podjęta przez nasz rząd, nie będzie w Rosji wojną narodową. Po pierwsze dlatego, że lud nasz nie tylko nie interesuje się żadnymi sprawami państwowymi, ale żywi do nich wręcz instynktowną odrazę. Państwo - to jego więzienie; po co ma więc to swoje więzienie umacniać? Po drugie, między rządem a ludem nie ma żadnej więzi, ani jednej żywej nici, która mogłaby je łączyć chociażby na chwilę, w jakiejkolwiek bądź sprawie, nie ma nawet sposobu ani możliwości rozumienia się wzajemnego; co dla rządu jest białe, to dla ludu jest czarne, i odwrotnie - co ludowi wydaje się zupełnie białe, co jest dla niego życiem, wolnością - to dla rządu jest śmiercią.

Ktoś może zapytać słowami Puszkina: "Czyż słowo rosyjskiego cara jest już pozbawione siły?"

Tak, jest pozbawione siły, gdy wymaga od ludu tego, co jest sprzeczne z jego interesem. Niechaj car tylko mrugnie do ludu i zawoła: wiążcie i rżnijcie ziemian, urzędników i kupców, zagarnijcie i podzielcie między sobą ich mienie, a wystarczy jeden moment, żeby cały lud rosyjski powstał i żeby już nazajutrz na ziemi rosyjskiej po kupcach, urzędnikach i ziemianach nie zostało ani śladu. Ale dopóki car każe ludowi płacić podatki i dostarczać państwu żołnierza, dopóki każe mu pracować na rzecz właścicieli ziemskich i kupców, dopóty lud będzie to wypełniał niechętnie, pod groźbą kija, jak to się dzieje obecnie, a ilekroć nadarzy się okazja, odmówi posłuszeństwa. Gdzież tu więc magiczny czy czarodziejski wpływ carskiego słowa?

I cóż takiego cesarz może powiedzieć ludowi, co poruszyłoby jego serce lub rozpaliło wyobraźnię? W roku 1828 cesarz Mikołaj, wypowiadając wojnę Porcie Ottomańskiej pod pretekstem krzywd, jakie się dzieją w Turcji greckim i słowiańskim naszym współwyznawcom, spróbował rozbudzić wśród ludu fanatyzm religijny i w tym celu rozkazał odczytać swój manifest w cerkwiach. Próba zakończyła się fiaskiem. Jeżeli istnieje u nas zagorzała i fanatyczna religijność, to chyba tylko u odszczepieńców, którzy najmniej ze wszystkich uznają państwo i nawet samego cesarza. W cerkwi zaś prawosławnej i oficjalnej panuje martwy, szablonowy ceremoniał obok najgłębszej obojętności religijnej.

Na początku kampanii krymskiej, po wypowiedzeniu wojny przez Anglię i Francję, Mikołaj usiłował raz jeszcze rozbudzić fanatyzm religijny w narodzie i podobnie bezowocne były jego zabiegi. Przypomnijmy sobie, co mówiono wśród ludu podczas tamtej wojny:

"Francuz żąda, żeby nas wyzwolono z poddaństwa". Były ludowe oddziały pospolitego ruszenia. Ale wszyscy wiedzą, w jaki sposób je sformowano. W przeważnej części z rozkazu cesarza i z rozporządzenia władz. Był to taki sam pobór rekruta, tylko przeprowadzony w innej formie i w określonym czasie. W wielu miejscowościach obiecywano chłopom, że po zakończeniu wojny otrzymają wolność.

Taki oto jest stosunek naszego chłopstwa do spraw państwowych! Pośród kupiectwa i szlachty patriotyzm przejawił się w sposób bardzo oryginalny: przez niemądre przemówienia, głośne oświadczenia wiernopoddańcze, a przeważnie huczne przyjęcia i pijatyki, Ale kiedy trzeba było, żeby jedni dali pieniądze, a drudzy wyruszyli na wojnę osobiście na czele swoich chłopów - okazało się, że ochotników jest bardzo niewielu. Każdy starał się dać za siebie zastępstwo. Pospolite ruszenie narobiło wiele hałasu, a korzyści nie przyniosło żadnej. A przecież wojna krymska nie była agresywna, ale obronna, mogła więc i powinna była stać się wojną narodową - dlaczegoż się jednak nie stała? Dlatego, że nasze klasy wyższe są zgniłe, nędzne, nikczemne, a lud jest naturalnym wrogiem państwa.

I ten oto lud miałby się poruszyć w imię sprawy słowiańskiej! Wśród naszych słowianofilów jest garstka ludzi uczciwych, którzy poważnie wierzą, że lud rosyjski pragnie spieszyć na pomoc "braciom Słowianom", o których istnieniu nawet nie wie. Byłby bardzo zdziwiony, gdyby mu powiedziano, że on sam jest ludem słowiańskim. P. Duchiński (7) wraz ze swymi polskimi i francuskimi zwolennikami twierdzi oczywiście, że w żyłach ludu wielkorosyjskiego nie płynie krew słowiańska, grzesząc w ten sposób wobec prawdy historycznej i etnograficznej. Ale p. Duchiński, który tak mało zna nasz lud, nie podejrzewa prawdopodobnie, że lud ten nie troszczy się bynajmniej o swoje słowiańskie pochodzenie. Cóż mu do tego, temu ludowi umęczonemu, głodującemu i zdławionemu przez ucisk rzekomo słowiańskiego, w rzeczywistości zaś tatarsko-niemieckiego cesarstwa? (8)

Nie powinniśmy Słowian oszukiwać. Ci, którzy mówią im o jakimkolwiek udziale narodu rosyjskiego w sprawie słowiańskiej, albo sami siebie okrutnie oszukują, albo też kłamią w sposób niegodziwy i - oczywiście - w celach nieczystych. I jeżeli my, rosyjscy socjaliści-rewolucjoniści, wzywamy proletariat słowiański i młodzież słowiańską do walki o wspólną sprawę, to bynajmniej nie na tej zasadzie, że łączy nas mniej lub bardziej wspólne słowiańskie pochodzenie. Możemy uznać jeden tylko wspólny grunt: Rewolucję Socjalną, poza którą nie widzimy ratunku ani dla własnego narodu, ani dla innych narodów słowiańskich. Sądzimy też, że właśnie na tym gruncie - wskutek wielu jednakowych cech charakteru, losów historycznych, dawnych i obecnych dążeń wszystkich słowiańskich narodów, jak również wskutek ich jednakowego stosunku do mocarstwowych zapędów germańskiego plemienia - mogą się one bratersko zjednoczyć, nie po to, aby utworzyć jedno wspólne państwo, lecz po to, żeby zniweczyć wszystkie państwa; nie po to, żeby stworzyć swój zamknięty świat, lecz po to, aby razem wstąpić na arenę światową, rozpoczynając z konieczności od zawarcia ścisłego przymierza z narodami plemienia łacińskiego, którym, podobnie jak Słowianom, zagraża obecnie polityka Niemców. Ale nawet i to przymierze przeciwko Niemcom powinno trwać tylko dopóty, dopóki Niemcy - stwierdziwszy na podstawie własnego doświadczenia, jak niezliczone klęski pociąga za sobą dla ludu istnienie państwa, nawet państwa rzekomo ludowego - nie zrzucą z siebie jarzma państwowego i wyrzekną się raz na zawsze swojej nieszczęsnej namiętności do państwowej potęgi. Wówczas, dopiero wówczas trzy główne plemiona, zamieszkujące Europę - łacińskie, słowiańskie i germańskie, wejdą ze sobą w sojusz swobodnie, jak bracia.

Ale do tego czasu sojusz narodów słowiańskich z narodami łacińskimi przeciwko podbojom, grożącym im w jednakowym stopniu ze strony Niemców, pozostaje nadal gorzką koniecznością.

Dziwne jest przeznaczenie plemienia niemieckiego! Wzbudzając przeciwko sobie powszechną nienawiść i powszechną trwogę, Niemcy tym samym jednoczą narody. W ten sposób zjednoczyli Słowian; nie ulega bowiem wątpliwości, że nienawiść do Niemców, głęboko zakorzeniona w sercach wszystkich narodów słowiańskich, o wiele bardziej sprzyjała powodzeniu propagandy panslawistycznej niż wszelkie przemówienia i intrygi moskiewskich i petersburskich agentów. Prawdopodobnie i teraz nienawiść ta będzie pchała Słowian do sojuszu z narodami łacińskimi.

W tym sensie i lud rosyjski jest w pełni ludem słowiańskim. Niemców nie darzy on sympatią, lecz nie należy się łudzić, jego antypatia do Niemców nie sięga tak daleko, żeby sam ruszył do walki z nimi. Przejawi się ona dopiero wtedy, kiedy Niemcy sami wtargną do Rosji i zechcą w niej rządzić. Ale głęboko omyli się ten, kto będzie liczyć na jakikolwiek udział naszego ludu w agresywnym ruchu przeciwko Niemcom.

Wynika stąd, że jeżeli naszemu rządowi przyjdzie do głowy ruszyć przeciwko komukolwiek, będzie musiał uczynić to bez żadnej pomocy ze strony ludu, wyłącznie własnymi środkami państwowymi, finansowymi i wojskowymi. Ale czy wystarczy tych środków, żeby walczyć przeciwko Niemcom, co więcej, żeby z powodzeniem prowadzić przeciwko nim agresywną wojnę?

Trzeba być nadzwyczaj ciemnym lub ślepym, niedorosłym patriotą, żeby nie przyznać, że wszystkie nasze środki wojskowe i nasza okrzyczana jakoby niezliczona armia jest niczym w porównaniu z obecnymi środkami i armią niemiecką.

Żołnierz rosyjski jest niewątpliwie odważny, ale wszak i żołnierze niemieccy nie są tchórzami; dali tego dowód w trzech z rzędu kampaniach. Ponadto w ewentualnej wojnie agresywnej ze strony Rosji wojska niemieckie będą walczyły u siebie, pewne patriotycznego i tym razem rzeczywiście powszechnego poparcia absolutnie wszystkich klas i całej ludności Niemiec, zagrzewane również własnym fanatyzmem patriotycznym, gdy tymczasem wojownicy rosyjscy walczyć będą bez sensu, bez pasji, posłuszni jedynie komendzie.

Co się zaś tyczy porównania oficerów rosyjskich z niemieckimi, to z punktu widzenia po prostu ludzkiego oddamy pierwszeństwo typowi naszego oficera, nie dlatego, że on jest nasz, ale na zasadzie surowej sprawiedliwości. Mimo wysiłków naszego ministra spraw wojskowych, p. Milutina, olbrzymia masa naszych oficerów pozostała tym, czym była dawniej - masą nieokrzesaną, ciemną i pod każdym niemal względem całkowicie nieświadomą; musztry, hulanki, karty, pijatyka oraz, jeżeli jest po temu okazja, uprawiane regularnie (i to właśnie wśród wyższych rang, zaczynając od dowódcy kompanii czy szwadronu, czy baterii) legalne niemal złodziejstwo - wszystko to do dziś stanowi codzienną, tolerowaną treść życia oficerów w Rosji. Jest to środowisko niesłychanie puste i dzikie, wtedy nawet, kiedy mówi się tam po francusku, ale i tu, wśród brutalnego i bezsensownego chaosu można znaleźć serce ludzkie, zdolność instynktownego ukochania i zrozumienia wszystkiego, co ludzkie, a także przy sprzyjających warunkach i pod dobrym wpływem - zdolność stania się całkowicie świadomym przyjacielem ludu.

W niemieckim środowisku oficerskim nie ma nic poza formą, wojskowym regulaminem i wstrętnymi, specyficznie oficerskimi fanaberiami, na które składają się dwa czynniki: lokajska subordynacja wobec wszystkiego, co wyższe w hierarchii, oraz zuchwały i pogardliwy stosunek do wszystkiego, co w ich mniemaniu jest od nich niższe - przede wszystkim do ludu, a następnie do wszystkich, którzy nie noszą munduru wojskowego, z wyjątkiem wyższych urzędników cywilnych oraz szlachty.

W stosunku do swego monarchy, księcia, króla, a obecnie cesarza Wszechniemiec, oficer niemiecki jest niewolnikiem z przekonania, z namiętności. Na jego skinienie gotów jest zawsze i wszędzie popełnić najokropniejsze zbrodnie, wyrżnąć, zniszczyć, spalić dziesiątki, setki miast i osiedli, nie tylko cudzych, ale nawet i swoich.

W stosunku do ludu oficer niemiecki żywi nie tylko pogardę, ale i nienawiść, zakłada bowiem z góry - czyniąc mu tym zbyt wiele zaszczytu - że lud się zawsze buntuje albo jest zawsze do buntu gotowy!

Zresztą nie on jeden tak przypuszcza; obecnie myślą tak wszystkie klasy uprzywilejowane, a oficera niemieckiego i w ogóle każdego oficera regularnego wojska można nazwać uprzywilejowanym psem łańcuchowym uprzywilejowanych klas. Cały świat wyzyskiwaczy w Niemczech i poza Niemcami spogląda na lud ze strachem i nieufnością, co niestety nie zawsze jest usprawiedliwione, dowodzi jednak, że w masach ludowych zaczyna się już rodzić ta świadoma siła, która zburzy ów świat.

Toteż oficer niemiecki, jak dobry pies łańcuchowy, jeży się cały na samo wspomnienie mas ludowych. Jego pojęcia o prawach i obowiązkach ludu są jak najbardziej patriarchalne. Według jego mniemania lud musi pracować, żeby panowie byli ubrani i syci, musi być posłuszny władzom bez szemrania, musi płacić podatki państwowe i świadczenia gminne oraz pełnić służbę żołnierską, czyścić mu buty, przyprowadzać konie, gdy oficer zakomenderuje i machnie szablą, musi strzelać, kłuć i rąbać na prawo i na lewo, a kiedy rozkaże - musi iść na śmierć "za kajzera i za Vaterland". Po upływie zaś terminu właściwej służby wojskowej, o ile jest ranny i stał się kaleką, musi żyć z jałmużny, a jeżeli wyszedł zdrów i cały, musi iść do rezerwy i służyć tam do samej śmierci, zawsze posłuszny władzom, giąć się w ukłonach przed każdym zwierzchnikiem i być gotowym umrzeć na każde żądanie.

Wszystko, co w ludzie jest sprzeczne z tym ideałem, potrafi doprowadzić niemieckiego oficera do wściekłości. Nietrudno sobie wyobrazić, jak musi on nienawidzić rewolucjonistów; a tym ogólnym mianem obejmuje on wszystkich demokratów, a nawet liberałów, słowem: każdego, kto w jakimkolwiek stopniu i w jakiejkolwiek formie ośmieli się czynić, chcieć, myśleć w sposób sprzeczny ze świętą myślą i wolą Jego Cesarskiej Mości, władcy Wszechniemiec.

Można sobie wyobrazić, z jak szczególną nienawiścią musi się on odnosić do socjalistów-rewolucjonistów czy choćby nawet do socjaldemokratów swojej ojczyzny. Samo już wspomnienie o nich doprowadza go do szału, i jest on przekonany, że nie wypada mu mówić o nich inaczej, jak tylko z pianą na ustach. Biada temu spośród nich, kto się dostanie w jego ręce. Niestety, w ostatnich czasach wielu socjaldemokratów w Niemczech przeszło przez ręce oficerskie. Ponieważ oficer nie ma prawa torturować ich czy też niezwłocznie rozstrzelać, ponieważ nie śmie występować czynnie, usiłuje przeto szeregiem najbardziej dotkliwych zniewag, zaczepek, gestów, słów dać wyraz swojej wściekłości, swojej nędznej złości. Ale gdyby mu tylko pozwolono, gdyby mu zwierzchnik rozkazał - z jakąż zaciekłą gorliwością i, co najważniejsza, z jakąż oficerską dumą byłby wziął na siebie rolę mordercy, oprawcy i kata.

A spójrzcie na tę cywilizowaną bestię, na tego sługusa z przekonania i kata z powołania. Jeżeli jest młody, zobaczycie ze zdumieniem nie jakiegoś potwora, lecz jasnowłosego młodzieńca, krew z mlekiem, z delikatnym puszkiem na mordce, skromnego, cichego, ale dumnego - fanaberie przebijają - i niezawodnie sentymentalnego. Na pamięć umie Schillera i Goethego, cała humanistyczna literatura wielkiego minionego stulecia przeszła przez jego głowę, nie zostawiając w niej ani jednej ludzkiej myśli, ani jednego ludzkiego uczucia w jego duszy.

Niemcom, głównie zaś niemieckim urzędnikom i oficerom, powierzone zostało zadanie, jak się wydaje, niemożliwe do rozwiązania: połączenie kultury z barbarzyństwem, wiedzy ze służalczością. Sprawia to, że pod względem społecznym stają się oni wstrętnymi, a zarazem nadzwyczaj śmiesznymi kreaturami w stosunku do mas ludowych - złoczyńcami systematycznymi i bezlitosnymi, lecz za to w służbie państwowej są to ludzie niezmiernie cenni.

Mieszczanie niemieccy wiedzą o tym, wiedząc zaś, patriotycznie znoszą wszelkie możliwe z ich strony zniewagi, a to dlatego, że poznają w nich własną naturę, głównie zaś dlatego, że patrzą na te narodowe uprzywilejowane cesarskie psy, które ich często z nudy kąsają, jako na najbardziej niezawodne przedmurze cesarstwa pangermańskiego.

Nie można sobie istotnie wymarzyć dla regularnej armii nic lepszego nad niemieckiego oficera. Człowiek, który łączy w sobie wykształcenie z chamstwem, chamstwo zaś z męstwem, ścisłe wykonywanie rozkazów z inicjatywą, systematyczność z bestialstwem, a bestialstwo ze swoistą uczciwością, pewną, jednostronną wprawdzie egzaltację z rzadko spotykaną uległością wobec woli zwierzchnictwa; człowiek zdolny każdej chwili wyrżnąć czy zmiażdżyć dziesiątki, setki, tysiące ludzi na najlżejsze skinienie zwierzchnictwa - cichy, skromny, uległy, posłuszny, zawsze stojący na baczność przed przełożonymi, a wyniosły, pogardliwie zimny i kiedy trzeba, okrutny w stosunku do żołnierza, człowiek, którego całe życie zawiera się w dwóch słowach: słuchać i komenderować - taki człowiek jest dla armii i dla państwa niezastąpiony.

Co się tyczy musztry wojskowej, to sprawa ta, jedna z najważniejszych w organizacji dobrego wojska, jest w armii niemieckiej doprowadzona do doskonałości systematycznej, głęboko przemyślanej, praktycznie wypróbowanej i urzeczywistnionej. Główną zasadę stanowiącą podstawę całej dyscypliny wyraża pewien aforyzm, który niedawno jeszcze powtarzali liczni pruscy, sascy, bawarscy i inni niemieccy oficerowie, włóczący się od czasu kampanii francuskiej całymi gromadami po Szwajcarii, prawdopodobnie żeby poznać kraj i przy okazji porobić plany, które mogą się przydać w przyszłości. Aforyzm ten brzmi:

"Aby zawładnąć duszą żołnierza, trzeba przede wszystkim zawładnąć jego ciałem".

A jak zawładnąć ciałem żołnierza? Za pomocą nieustannego szkolenia. Niech wam się nie zdaje, że oficerowie niemieccy lekceważą marsze, nic podobnego. Widzą w tym jeden z najlepszych sposobów, żeby usprawnić kończyny i żeby zawładnąć ciałem żołnierza; potem następują ćwiczenia z karabinem, smarowanie i polerowanie broni, czyszczenie mundurów. Trzeba, żeby żołnierz był zajęty od rana do wieczora i żeby nieustannie czuł nad sobą i za sobą surowe, zimne, magnetyzujące oko zwierzchności. W czasie zimy, kiedy jest więcej wolnego czasu, zapędza się żołnierzy do szkoły, gdzie douczają ich czytać, pisać, rachować, ale przede wszystkim każą im wkuwać na pamięć regulamin wojskowy, przepojony boskim pietyzmem do cesarza i pogardą dla ludu: cesarzowi prezentuj broń, a do ludu strzelaj. Oto kwintesencja moralno-politycznego szkolenia żołnierzy.

Gdy żołnierz przeżyje w tym świecie trzy do pięciu lat - może być już tylko potworem. Ale i oficerowie dzielą podobny los, tylko w innej formie. Z żołnierza pragnie się zrobić pałkę nieświadomą; oficer powinien być pałką świadomą, pałką z przekonania, z interesu, z namiętności. Społeczność oficerska jest jego światem; poza tę społeczność nie rusza się ani na krok i cały kolektyw oficerski, przesiąknięty wyżej opisanym duchem, czuwa nad każdym. Biada nieszczęsnemu, jeżeli z braku doświadczenia czy powodowany jakimś ludzkim uczuciem ośmieli się zaprzyjaźnić z inną społecznością. Jeżeli społeczność ta jest niewinna pod względem politycznym, będą się z niego tylko śmieli. Jeżeli jednak panują w niej tendencje polityczne niezgodne z tendencjami ogólnooficerskimi, tendencje liberalne, demokratyczne, nie mówiąc o socjalrewolucyjnych, nieszczęsny oficer jest zgubiony. Każdy kolega będzie na niego składał donosy.

Na ogół wyższe dowództwo woli, aby oficerowie jak najwięcej przebywali we własnym towarzystwie, i stara się pozostawiać im, podobnie jak i szeregowcom, możliwie najmniej wolnego czasu. Musztrowanie żołnierzy i nieustanny ich dozór zajmuje już trzy czwarte dnia. Pozostała jedna czwarta powinna być przeznaczona na doskonalenie się w wojskowych naukach. Zanim oficer dosłuży się rangi majora, musi zdać kilka egzaminów; oprócz tego oficerowie otrzymują terminowe zadania o różnych tematach, i na tej podstawie ocenia się ich zdolność do dalszego awansu.

Jak widzimy, świat wojskowy w Niemczech, zresztą zupełnie podobnie jak we Francji, jest światem całkowicie zamkniętym. Jego izolacja jest niezawodną rękojmią utrzymywania go we wrogim stosunku do ludu.
Ale niemiecki świat wojskowy posiada ogromną wyższość nad francuskim oraz nad wszystkimi innymi w Europie: niemieccy oficerowie górują nad innymi oficerami świata pozytywnością i rozległością swej wiedzy, teoretyczną i praktyczną znajomością spraw wojskowych, gorącym i pełnym pedantyzmu oddaniem się wojskowemu rzemiosłu, dokładnością, starannością, wytrzymałością, wytrwałą cierpliwością, jak również względną uczciwością.

Wskutek tych wszystkich zalet organizacja i uzbrojenie armii niemieckich istnieje w rzeczywistości, nie tylko na papierze, jak to było we Francji za Napoleona III i jak najczęściej bywa u nas. Przy tym, dzięki właśnie tym niemieckim zaletom, kontrola administracyjna, cywilna, a w szczególności wojskowa jest tak zorganizowana, że długotrwałe oszustwo jest niemożliwe. A u nas, przeciwnie, z dołu do góry i z góry do dołu ręka rękę myje, wskutek czego wyśledzenie prawdy staje się rzeczą prawie niemożliwą.

Pomyślcie o tym wszystkim i zadajcie sobie pytanie: czy armia rosyjska może liczyć na powodzenie w zaczepnej wojnie z Niemcami? Powiecie, że Rosja może wystawić milion wojska. Ale dobrze zorganizowanego i uzbrojonego wojska będzie mniej niż milion. Przypuśćmy jednak, że mamy milion. Połowę trzeba będzie zostawić rozproszoną po całej olbrzymiej przestrzeni cesarstwa, aby utrzymać spokój wśród szczęśliwego ludu, który, tylko patrzeć, jak wścieknie się z nadmiaru szczęścia. W samej Ukrainie, Litwie i Polsce - ileż wojska zostawić trzeba! Jeżeli będziecie w stanie wysłać przeciwko Niemcom pięćsettysięczną armię, to i tak wiele. Takiej armii Rosja jeszcze nigdy nie wystawiła.

Tymczasem w Niemczech spotyka was naprawdę armia milionowa, pierwsza w świecie pod względem organizacji, musztry, wyszkolenia, ducha i uzbrojenia. A za tą armią niby olbrzymie pospolite ruszenie stać będzie cały naród niemiecki, który, być może, i to jest prawdopodobne, nie powstałby przeciwko Francuzom, gdyby nawet w ostatniej wojnie zwyciężył nie Fryderyk pruski, lecz Napoleon III, ale który, powtórzmy raz jeszcze, przeciwko rosyjskiemu najazdowi powstanie jak jeden mąż.

Powiecie zapewne, że w razie potrzeby Rosja, tj. cesarstwo Wszechrosji byłoby w stanie wystawić jeszcze milion wojska; dlaczegóż by nie miało wystawić, choć ów milion istnieć będzie tylko na papierze. Wystarczy wydać rozkaz o nowym zaciągu rekrutów, tylu i tylu na tysiąc. I oto macie już wasz milion. Ale jak go zebrać? Kto będzie go zaciągał? Wasi generałowie rezerwy, generałowie-adiutanci, fligel-adiutanci, dowódcy batalionów rezerwowych i garnizonowych istniejących tylko na papierze, wasi gubernatorowie, urzędnicy - o Boże, ileż dziesiątków, bodaj nawet setek tysięcy zamorzą oni głodem, zanim zebrać zdołają ten milion! A wreszcie skąd weźmiecie dostateczną ilość oficerów, żeby zorganizować nową, milionową armię, i czym ją uzbroicie? Kijami? Wszak nie macie dostatecznej ilości pieniędzy na porządne uzbrojenie jednego miliona, a odgrażacie się, że uzbroicie drugi milion. Żaden bankier nie udzieli wam kredytu; a jeżeli nawet udzieli, to uzbrojenie milionowej armii pochłonie całe lata pracy.

Porównajmy wasze ubóstwo i nieporadność z niemieckim bogactwem i siłą. Niemcy otrzymali od Francji 5 miliardów; przypuśćmy, że trzy miliardy zostały zużytkowane na pokrycie różnych wydatków, a więc na wynagrodzenie książąt, mężów stanu, generałów, pułkowników, oficerów, oczywiście - nie żołnierzy, a także na rozmaite podróże krajowe i zagraniczne.

Pozostają dwa miliardy, które zużyto wyłącznie na uzbrojenie Niemiec, na budowę nowych lub na umocnienie starych niezliczonych twierdz, na pokrycie zamówień na nowe armaty, karabiny itd. Tak jest, całe Niemcy zamieniły się teraz w groźny, na wszystkie strony najeżony arsenał. A wy, byle jak ćwiczeni i uzbrojeni, macie nadzieję je zwyciężyć.

Zaraz w pierwszej chwili, gdy tylko wściubicie nos na ziemię niemiecką, zostaniecie straszliwie pobici i wasza zaczepna wojna zmieni się natychmiast w wojnę obronną. Wojska niemieckie przekroczą granice wszechrosyjskiego cesarstwa.

Czy wówczas przynajmniej obróci się przeciwko nim ogólne powstanie ludu rosyjskiego? Tak, jeżeli Niemcy wkroczą do prowincji rosyjskich i pójdą na przykład prosto na Moskwę. Jeżeli jednak tego głupstwa nie popełnią, lecz pójdą od północy na Petersburg poprzez prowincje nadbałtyckie, wtedy znajdą wielu przyjaciół nie tylko wśród mieszczaństwa, wśród ewangelickich pastorów i Żydów, lecz także wśród niezadowolonych baronów oraz ich dzieci, studentów, a za ich pośrednictwem także pośród naszych niezliczonych generałów nadbałtyckich, oficerów, wyższych i niższych urzędników zapełniających Petersburg i rozproszonych po całej Rosji; co więcej, pociągną oni Polskę i Małoruś przeciwko cesarstwu rosyjskiemu.

To prawda, że od czasów rozbioru Polski spośród wszystkich jej wrogów i ciemiężycieli Prusy okazały się wrogiem najbardziej dokuczliwym, najbardziej systematycznym, a przez to samo najbardziej niebezpiecznym. Rosja postępowała po barbarzyńsku, jak dzika siła, która wszystkich rżnęła, wieszała, męczyła, zsyłała tysiącami na Sybir, a jednak nie umiała zrusyfikować tej części Polski, która jej przypadła w udziale, i dotychczas, pomimo Murawjowowskich recept, nie potrafi. Austria ze swej strony także Galicji nie zniemczyła, zresztą nie starała się o to. Natomiast Prusy, jako prawdziwy przedstawiciel germańskiego ducha i wielkiej germańskiej misji, przymusowego i sztucznego germanizowania krajów nie niemieckich, przystąpiły natychmiast do niemczenia za wszelką cenę prowincji gdańskiej i Księstwa Poznańskiego, nie mówiąc już o kraju królewieckim, który dostał im się o wiele wcześniej.

Dużo można by powiedzieć o środkach, jakimi posługiwały się Prusy, aby ten cel osiągnąć. Między innymi, duże znaczenie przypisywały one szeroko stosowanej kolonizacji chłopów niemieckich na ziemi polskiej. Całkowite wyzwolenie chłopów w 1807 roku oraz prawo wykupu ziemi i wszelkie możliwe ulgi ułatwiające wykup sprzyjały również rządowi pruskiemu w uzyskaniu popularności nawet wśród polskich chłopów. Następnie zakładano wiejskie szkoły, a w nich i przez nie wprowadzono język niemiecki. Wskutek stosowania takich środków okazało się, że już w 1848 roku więcej niż trzecia część Księstwa Poznańskiego została zupełnie zniemczona. A o miastach nie ma co nawet mówić. Od samego początku dziejów Polski w miastach mówiło się po niemiecku, ze względu na mnóstwo niemieckich mieszczan, rzemieślników, głównie zaś Żydów, którzy korzystali tam z szerokiej gościnności. Jest rzeczą znaną, że od najdawniejszych czasów większość miast w tej części Polski podlegała tak zwanemu prawu magdeburskiemu.

W ten sposób Prusy osiągały swój cel w czasie pokoju. Gdy zaś patriotyzm polski wzniecał lub usiłował wzniecić powstanie narodowe, Prusy oczywiście nie cofały się przed zastosowaniem najbardziej stanowczych i barbarzyńskich środków. Mieliśmy już sposobność zaznaczyć, że jeśli chodziło o uśmierzanie polskich buntów nie tylko w swoich własnych granicach, lecz także w Królestwie Polskim, Prusy okazywały zawsze niezmienną wierność i pełną zapału gotowość niesienia pomocy rządowi rosyjskiemu. Żandarmi pruscy, co mówię, pruscy szlachetni oficerowie wszystkich rodzajów broni, gwardii i armii, z jakąś szczególną namiętnością polowali na Polaków ukrywających się w pruskich posiadłościach, łapali ich i ze złośliwą uciechą oddawali w ręce żandarmów rosyjskich, nierzadko wyrażając nadzieję, że ich w Rosji powieszą. Pod tym względem Murawjow-Wieszatiel nie mógł się księcia Bismarcka dość nachwalić.

Przed objęciem rządów przez księcia Bismarcka Prusy stale robiły to samo, lecz robiły wstydliwie, po cichu, i gdy tylko było to możliwe, wypierały się swoich własnych czynów. Książę Bismarck pierwszy zrzucił maskę. Nie tylko przyznawał się cynicznie i głośno do tego rodzaju czynów, lecz chwalił się także przed parlamentem pruskim i europejską dyplomacją, że rząd jego używał wszystkich swych wpływów na rząd rosyjski, aby namówić go do ostatecznego zdławienia Polski, choćby najbardziej krwawymi środkami, zapewniając go jednocześnie, że w tym względzie Prusy zawsze okażą Rosji jak najdalej idącą pomoc.

Wreszcie teraz, niedawno, książę Bismarck oświadczył wprost w parlamencie, że rząd powziął stanowczą decyzję wykorzenienia resztek narodowości polskiej w polskich prowincjach, prowincjach uszczęśliwionych przez prusko-niemieckie rządy. Na nieszczęście, jak już wyżej zaznaczyliśmy, Polacy poznańscy zupełnie tak samo jak Polacy galicyjscy związali ściślej niż kiedykolwiek własną sprawę narodową z kwestią prymatu władzy papieskiej. Rzecznikami ich stali się jezuici, ultramontanie, zakony oraz biskupi. Taki sojusz i taka przyjaźń nie wyjdą Polakom na dobre, jak nie wyszły na dobre w XVII wieku. Ale nie nasza to rzecz, lecz samych Polaków.
Mówimy o tym wszystkim po to tylko, aby wykazać, że Polacy nie mają wroga bardziej niebezpiecznego i złośliwego niż książę Bismarck. Wydaje się, że postawił on sobie za cel swego życia zetrzeć Polaków z powierzchni ziemi. To mu nie przeszkodzi wezwać Polaków do buntu przeciw Rosji, gdy interesy Niemiec będą tego wymagały. I Polacy niezawodnie powstaną na to wezwanie, mimo nienawiści do Bismarcka i Prus, żeby nie powiedzieć: do całych Niemiec, czego uświadomić sobie nie chcą, choć w głębi ich duszy, podobnie jak w duszy innych słowiańskich narodów, żyje ta sama historyczna nienawiść w stosunku do Niemców, i nie mogą zapomnieć o śmiertelnych krzywdach, jakich doznali ze strony pruskich Niemców.

W Niemczech i w samych Prusach od dawna istnieje liczna i poważna partia polityczna, a nawet trzy partie: liberalno-postępowa, czysto demokratyczna i socjaldemokratyczna; partie te, razem wzięte, stanowią niewątpliwie większość w parlamentach niemieckim i pruskim, a tym bardziej zdecydowaną większość w samym społeczeństwie. Partie te przewidują, po części pragną i jak gdyby prowokują wojnę Niemców przeciwko Rosji i rozumieją, że powstanie i odbudowanie Polski w pewnych określonych granicach będzie koniecznym warunkiem tej wojny.

Oczywiście, ani książę Bismarck, ani żadna z tych partii nigdy nie zgodzą się oddać Polsce wszystkich prowincji zabranych jej przez Prusy. Nie mówiąc już o Królewcu, za nic w świecie nie oddadzą ani Gdańska, ani nawet najmniejszego skrawka Prus Zachodnich. Także w Księstwie Poznańskim wydzielą dla siebie znaczną część, jakoby zupełnie już zniemczoną, i z całej tej części Polski, która dostała się Prusakom, zostawią dla Polaków bardzo niewiele. Natomiast oddadzą im całą Galicję ze Lwowem i z Krakowem, ponieważ należy ona obecnie do Austrii; jeszcze chętniej zwrócą im ziemie sięgające daleko w głąb Rosji, ile tylko Polacy będą w stanie zabrać i utrzymać przy sobie. Jednocześnie zaproponują Polakom potrzebne im pieniądze, oczywiście w formie pożyczki udzielonej Polsce, a gwarantowanej przez Niemcy, zaproponują także dostarczenie broni i pomoc wojskową.

Któż może wątpić, że Polacy nie tylko zgodzą się na niemiecką propozycję, ale uchwycą się jej z radością; położenie ich jest tak rozpaczliwe, że gdyby zaproponowano im coś stokroć gorszego - i to by przyjęli.

Minęło już całe stulecie od rozbioru Polski i w ciągu tych lat nie było prawie roku, w którym nie zostałaby przelana krew polskich patriotów. Sto lat nieprzerwanej walki, rozpaczliwych buntów! Czy jest jeszcze naród, który by mógł się pochwalić podobnym męstwem?

Jakich sposobów nie próbowali Polacy? Szlacheckie konspiracje, mieszczańskie spiski, uzbrojone bandy, narodowe powstanie, wreszcie najróżniejsze zabiegi dyplomatyczne, a nawet pomoc Kościoła. Wszystkiego próbowali, chwytali się wszystkiego - i wszystko rwało się, wszystko zawiodło. Jakże mogą odmówić, gdy same Niemcy, ich najgroźniejszy wróg, proponują pomoc na określonych warunkach!

Zapewne, znajdą się słowianofile, którzy oskarżą ich o zdradę. Ale o zdradę czego? Słowiańskiego związku czy sprawy słowiańskiej? A w czymże się ujawnił ten związek, jaki jest sens tej sprawy? Czy wyrazem ich miała być podróż pp. Palackiego i Riegiera do Moskwy na panslawistyczną wystawę i w celu oddania hołdu cesarzowi? W jaki sposób i kiedy, jakim to czynem Słowianie, jako Słowianie, okazali Polakom swą braterską sympatię? Czy tym właśnie, że ci sami pp. Palacky i Riegier oraz cała ich liczna świta zachodnio- i południowosłowiańska całowali się w Warszawie z generałami rosyjskimi, którzy dopiero co zmyli krew z rąk swoich, że ci sami panowie pili za braterstwo słowiańskie i za zdrowie cesarza-kata? (9)

Polacy to męczennicy i bohaterowie, przeszłość ich jest pełna wielkiej chwały; Słowianie zaś to dzieci, które dopiero w przyszłości mogą osiągnąć znaczenie. Słowiański świat, kwestia słowiańska - to nie rzeczywistość, lecz nadzieja, i to nadzieja, która może się ziścić tylko przez Rewolucję Socjalną. Jeżeli zaś chodzi o rewolucję, to Polacy - mówiąc oczywiście o patriotach należących przeważnie do warstwy oświeconej, do szlachty - dotychczas nie zdradzali ku niej wielkiej chęci.

A co może mieć wspólnego świat słowiański, jeszcze nie istniejący, z patriotycznym polskim światem, który się w jakimś stopniu przeżył? Istotnie, z wyjątkiem paru osób, usiłujących podnieść kwestię słowiańską w polskim duchu i na polskim gruncie, Polacy na ogół wcale się tą sprawą nie zajmują. Bardziej zrozumiali i bliżsi są im Węgrzy, z którymi łączy ich pewne podobieństwo oraz wiele wspólnych wspomnień historycznych; gdy tymczasem od zachodnich i południowych Słowian dzielą ich głównie, a nawet, można powiedzieć, w sposób zdecydowany, sympatie tych narodów żywione względem Rosji, tj. względem tego spośród wrogów, którego Polacy najbardziej nienawidzą.

W Polsce i wśród polskiej emigracji, podobnie jak we wszystkich krajach, świat polityczny dzielił się dawniej na wiele politycznych partii. Była partia arystokratyczna, klerykalna i monarchiczno-konstytucyjna; była partia dyktatury wojskowej; partia republikanów umiarkowanych, zwolenników Stanów Zjednoczonych; partia czerwonych republikanów na wzór francuskiej; wreszcie nawet nieliczna partia socjalnej demokracji, nie mówiąc już o mistyczno-sekciarskich, a raczej religijnych ugrupowaniach. W istocie rzeczy jednak dość było wniknąć głębiej w programy każdej z nich, aby się przekonać, że wszystkie mają tą samą podstawę: namiętne dążenie do odbudowy państwa polskiego w granicach z 1772 roku. Poza sprzecznościami powstałymi na skutek sporów zwalczających się wzajemnie przywódców partii główna różnica pomiędzy nimi polegała na tym, iż każda z nich była przekonana, że ten wspólny cel, czyli odbudowę dawnej Polski, można osiągnąć tylko na drodze zalecanej specjalnie przez daną partię.

Ogromna większość polskiej emigracji przed 1850 rokiem była, można powiedzieć, rewolucyjna dlatego właśnie, iż większość była przekonana, że tryumf rewolucji w Europie pociągnie za sobą jako konieczne następstwo odbudowę niepodległej Polski. I w istocie, w roku 1848 nie było w Europie ani jednego ruchu, w którym Polacy nie braliby udziału, a często nawet byli jego przywódcami. Pamiętamy, jak pewien Niemiec z Saksonii wyraził z tego powodu zdziwienie: gdzie tylko rozruchy, tam na pewno są Polacy.

W 1850 roku wskutek powszechnej klęski wiara w rewolucję upadła, rozbłysła napoleońska gwiazda i wielu, bardzo wielu polskich emigrantów, ogromna ich większość stała się zdeklarowanymi i zagorzałymi bonapartystami. O Boże, czegóż nie oczekiwali i jakich nadziei nie żywili w związku z pomocą Napoleona III! Nawet jawna, nikczemna jego zdrada w latach 1862 - 1863 nie była w stanie zabić w nich tej wiary. Zginęła ona dopiero pod Sedanem.

Po tej katastrofie polskim nadziejom pozostało tylko jedno schronienie: jezuicko-ultramontańskie. Patrioci austriaccy oraz większość patriotów polskich rzucili się do Galicji, rzucili się tam z rozpaczy. Ale wyobraźcie sobie, że Bismarck, ich zdeklarowany wróg, zmuszony sytuacją Niemiec, wezwie ich do powstania przeciwko Rosji; da im nadzieje, ba, dostarczy im pieniędzy, broni, udzieli wojskowej pomocy. Czy to możliwe, aby mu odmówili?

To prawda, że w zamian za tę pomoc Bismarck zażąda od Polaków formalnego zrzeczenia się większej części starych ziem polskich, będących teraz we władaniu Prus. Będzie to dla Polaków bardzo przykre, ale zmuszeni okolicznościami i wobec perspektywy zwycięstwa nad Rosją, pocieszając się wreszcie myślą, że niech tylko odbudują Polskę, to potem już odzyskają swoje - wszyscy niezawodnie powstaną, i ze swego punktu widzenia będą mieli na pewno rację.

Racja, że Polska odbudowana przy pomocy wojsk niemieckich, pod protektoratem księcia Bismarcka, będzie dziwną Polską. Lecz lepsza Polska dziwna niż żadna, a wreszcie później - pomyślą na pewno Polacy - można będzie się wyzwolić i spod kurateli księcia Bismarcka.

Słowem, Polacy zgodzą się na wszystko i Polska powstanie, powstanie Litwa, a wkrótce potem powstanie i Małoruś; polscy patrioci są wprawdzie marnymi socjalistami i u siebie w domu nie będą się zajmowali rewolucyjno-socjalistyczną propagandą; gdyby nawet chcieli, to ich protektor, książę Bismarck, nie pozwoliłby na to - zbyt są blisko Niemiec; taka propaganda mogłaby się jeszcze przedostać do Polski pruskiej. Ale czego nie będzie można robić w Polsce, to można będzie robić w Rosji i przeciwko Rosji. Ileż przyniesie korzyści zarówno Niemcom, jak i Polakom wzniecenie w Rosji buntu chłopskiego, a wzniecić go nie będzie trudno; pomyślcie, ilu Polaków i Niemców przebywa obecnie rozsianych po całej Rosji. Jeżeli nie wszyscy, to większość z nich będzie naturalnymi sojusznikami Bismarcka i Polaków. Wyobraźcie sobie taką sytuację: nasze wojska kompletnie rozbite uciekają; w ślad za nimi na północ idą na Petersburg Niemcy, na zachodzie zaś i na południu na Smoleńsk i Małoruś idą Polacy, a jednocześnie w Rosji i na Małorusi wybucha powszechny chłopski zwycięski bunt wzniecony przez propagandę z zewnątrz oraz od wewnątrz.

Oto, dlaczego można z całą pewnością powiedzieć, że żaden rząd i żaden cesarz rosyjski, o ile jest przy zdrowych zmysłach, nie wzniesie panslawistycznego sztandaru i nigdy nie poprowadzi wojny przeciw Niemcom.

Po ostatecznej klęsce, zadanej przez nowe i wielkie cesarstwo niemieckie najpierw Austrii, następnie Francji, oba te państwa staną się na zawsze mocarstwami drugorzędnymi i zależnymi od Niemiec. Nie tylko zresztą one, lecz także później i nasze wszechrosyjskie cesarstwo, które zostało raz na zawsze odcięte od Europy. Mówię oczywiście o cesarstwie, a nie o narodzie rosyjskim, który znajdzie lub przebije sobie drogę wszędzie, gdy tylko zajdzie tego potrzeba.
Lecz przed cesarstwem wszechrosyjskim wrota Europy są odtąd zamknięte; klucze zaś są w przechowaniu u księcia Bismarcka, który za nic w świecie nie odda ich księciu Gorczakowowi.

Gdy więc wrota północno-zachodnie są dla Rosji na zawsze zamknięte, można mieć pewność, że otworzą się przed nią tym szerzej wrota południowe i południowo-wschodnie: Buchara, Persja i Afganistan aż do samych Indii Wschodnich, a wreszcie może i wrota wiodące do ostatecznego celu wszystkich zamierzeń i dążeń, do Konstantynopola? Od dawna już politycy rosyjscy, żarliwi obrońcy wielkości i sławy naszego ukochanego imperium, zastanawiają się, czy nie lepiej przenieść stolicę, centralny ośrodek wszystkich sił i całego życia cesarstwa z północy na południe, z surowych brzegów Morza Bałtyckiego na wiecznie kwitnące brzegi Morza Czarnego i Śródziemnego, jednym słowem: z Petersburga do Konstantynopola.

Wprawdzie niektórzy patrioci są tak zachłanni, że chcieliby utrzymać Petersburg i panowanie na Bałtyku, a zarazem podbić Konstantynopol. Lecz pragnienie to jest tak nierealne, że i oni, pomimo swej wiary we wszechmoc cesarstwa wszechrosyjskiego, wyzbywają się powoli nadziei na jego urzeczywistnienie. Zresztą fakt, który zdarzył się w ubiegłym roku, powinien był otworzyć im oczy. Ów fakt - to przyłączenie Holsztyna, Szlezwiku i Hanoweru do Królestwa Pruskiego, na skutek czego Prusy stały się mocarstwem wszechwładnie panującym na morzu północnym.

Jest rzeczą pewną i wszyscy o tym wiedzą, że żadne państwo nie zdoła stać się jednym z wielkich mocarstw, jeżeli nie posiada rozległych granic morskich, które by zapewniały mu bezpośrednią komunikację z całym światem i umożliwiały branie bezpośredniego udziału w sprawach całego świata, w jego życiu zarówno materialnym, jak społecznym i polityczno-moralnym. Dowód tak oczywistych prawd jest całkowicie zbędny. Załóżmy, że jakieś państwo najsilniejsze, najbardziej cywilizowane i szczęśliwe - o ile w państwie szczęście ogółu jest możliwe - na skutek okoliczności zostało odcięte od reszty świata. Możecie być pewni, że w ciągu pięćdziesięciu lat, w okresie życia dwóch pokoleń, stanie się krajem zacofanym pod każdym względem, jego siły osłabną, zatrą się granice między oświeceniem a głupotą, a szczęście nasiąknie zapachem sera limburskiego.

Spójrzcie na Chiny; wydaje się, że były one i mądre, i uczone, i prawdopodobnie też na swój sposób szczęśliwe. Czemuż stały się tak słabe, że odrobina wysiłku ze strony morskich mocarstw europejskich wystarczyła, by je opanować, a przynajmniej podporządkować rozumnej sile i woli tych mocarstw? Dlatego, że od stuleci w Chinach panuje stagnacja, przyczyn jej zaś należy szukać w izolacji Chin w stosunku do nurtu życia światowego, izolacji powstałej po części wskutek wewnętrznych instytucji, po części wskutek oddalenia kraju od reszty świata.

Naród istniejący w formie państwa musi spełnić wiele warunków, aby móc brać udział w sprawach świata. Musi posiadać wrodzony rozum i wrodzoną energię, wysoki poziom oświaty, zdolność do produkcyjnej pracy i szerokie swobody wewnątrz kraju, które zresztą w państwie dla mas są niedostępne. Musi również, i to koniecznie, rozwijać żeglugę i handel morski, ponieważ komunikacja morska jako względnie najtańsza, najszybsza, najbardziej swobodna w tym sensie, że morze jest własnością niczyją - przewyższa wszelkie inne znane rodzaje komunikacji, nie wyłączając oczywiście kolei. Żegluga napowietrzna może kiedyś okaże się pod każdym względem jeszcze bardziej dogodna i szczególnie ważna; być może, w końcu dzięki niej zrównają się warunki rozwoju życia we wszystkich krajach. Trudno jednak dziś mówić o niej jako o poważnym środku komunikacyjnym. Żegluga morska mimo wszystko jest głównym środkiem, który prowadzi do dobrobytu narodów.

Nadejdzie czas, gdy nie będzie już państw - a wszystkie wysiłki socjalrewolucyjnej partii w Europie zmierzają do ich zniszczenia - nadejdzie czas, kiedy na gruzach państw politycznych z całą swobodą powstanie zorganizowany od dołu ku górze wolny braterski związek wolnych stowarzyszeń wytwórczych, gmin i prowincjonalnych federacji, który obejmie bez żadnych różnic, bo zgodnie z ich wolą, ludzi wszystkich języków i narodowości. Wówczas droga do morza otworzy się dla wszystkich w równej mierze, dla mieszkańców wybrzeży bezpośrednio, dla ludności mieszkającej z dala od morza za pośrednictwem linii kolejowych, uwolnionych całkowicie od wszelkiego państwowego nadzoru, opłat, ceł, ograniczeń, zakazów, pozwoleń, bez ciągłego czepiania się o byle co i prób przystosowania do coraz innych wymagań. Lecz nawet i wówczas mieszkańcy wybrzeży będą korzystać z wielu naturalnych przywilejów nie tylko materialnych, lecz także intelektualno-moralnych. Bezpośrednie kontakty z rynkiem światowym i ze wszystkimi żywotnymi sprawami świata nadzwyczaj sprzyjają rozwojowi, i choćby wszyscy mieli jednaki dostęp do morza, mimo to mieszkańcy ziem położonych dalej od brzegu, pozbawieni naturalnych przywilejów, zawsze będą żyli i rozwijali się wolniej i z większym opóźnieniem niż mieszkańcy wybrzeży.

Z tych względów właśnie żegluga napowietrzna będzie miała kiedyś kolosalne znaczenie. Atmosfera powietrzna - to ocean, który wszędzie się rozpościera, jego brzegi są wszędzie, tak że wszyscy ludzie bez wyjątku, osiedleni nawet w najbardziej zapadłych zakątkach, są mieszkańcami jego wybrzeży. Dopóki jednak żegluga napowietrzna nie zastąpi morskiej, dopóty mieszkańcy wybrzeży będą wyprzedzać innych pod wszelkimi względami, stanowiąc rodzaj arystokracji w łonie ludzkości.

Narody zamieszkujące wybrzeża tworzyły historię i odegrały główną rolę w dziele postępu. Pierwszym takim narodem, twórcą całej cywilizacji, byli Grecy - i w istocie, można powiedzieć, że cała Grecja jest jednym pasmem wybrzeży. Starożytny Rzym zdobył potęgę w świecie dopiero wówczas, gdy się stał państwem morskim. Komu zaś dzieje nowożytne zawdzięczają wskrzeszenie wolności politycznej, życia społecznego, handlu, sztuki, nauki, wolnej myśli, słowem, odrodzenie ludzkości? Włochom, które, jak Grecja, otoczone są morzem. Kto odziedziczył po Włoszech pierwsze miejsce w dziele światowego postępu? Holandia, Anglia, Francja i wreszcie Ameryka.

Zwróćmy uwagę na Niemcy. Dlaczego, pomimo wielu niewątpliwych zalet, którymi są obdarzone niemieckie narody, takich jak niezwykła pracowitość, zdolność do refleksji i do nauki, poczucie estetyczne, dzięki któremu rozkwitła sztuka wielkich artystów i poetów, oraz głęboki transcendentalizm, który zrodził nie mniej wielkich filozofów - dlaczego, pytam, Niemcy pod wszelkimi względami zostały tak daleko w tyle w stosunku do Francji i Anglii? Zajmują one pierwsze miejsce w świecie pod jednym tylko względem, a mianowicie pod względem rozwoju biurokracji, policyjnego i wojskowego ładu państwowego; lecz czemu ich handel jest mniej rozwinięty niż w Holandii, a przemysł gorzej niż w Belgii?

Niektórzy sądzą, że główną przyczyną tego stanu w Niemczech jest brak wolności, brak umiłowania wolności i brak potrzeby wolności. Jest to odpowiedź częściowo słuszna, ale niepełna. Drugą, równie ważną przyczyną jest bowiem brak rozległego wybrzeża. Jeszcze w XIII wieku, mianowicie w epoce powstania Hanzy, Niemcy nie odczuwały braku wybrzeża morskiego przynajmniej na zachodzie. Holandia i Belgia stanowiły z nimi jedną całość. W tym stuleciu wydawało się, że handel Niemiec rozwija się z wielkim rozmachem. Tymczasem już od XIV wieku miasta holenderskie, ożywione duchem przedsiębiorczości i śmiałego ryzyka oraz umiłowania wolności, usiłowały jawnie zdobyć samodzielność i niechętnie patrzyły na swój związek z Niemcami. W wieku XVI nastąpił ostateczny rozłam, i wielkie imperium, niezdarny spadkobierca imperium rzymskiego, stało się państwem całkowicie niemal śródlądowym. Pozostała mu tylko wąska furtka do morza pomiędzy Holandią i Danią, furtka absolutnie nie wystarczająca, by tak ogromny kraj mógł swobodnie oddychać. W rezultacie Niemcy ogarnęła senność bardzo już bliska chińskiej martwocie.

Od tej chwili cały polityczny postępowy ruch w Niemczech, który dążył do utworzenia nowego, silnego państwa, skoncentrował się w niewielkim elektoracie brandenburskim. Istotnie, uparte dążenia elektorów brandenburskich, zmierzające do zawładnięcia brzegami Morza Bałtyckiego, wyświadczyły Niemcom dużą przysługę, stworzyły, rzec można, podwaliny ich obecnej wielkości; najpierw elektorzy zagarnęli Królewiec, potem w czasie pierwszego rozbioru Polski wzięli Gdańsk. To jednak wszystko Niemcom nie wystarczało, trzeba było jeszcze zdobyć Kilonię i cały w ogóle Szlezwik i Holsztyn.

Nowe pruskie podboje dokonywane były przy poklasku całych Niemiec. Wszyscyśmy obserwowali, z jaką pasją Niemcy, ze wszystkich bez wyjątku poszczególnych państwowych Vaterlandów - północnych i południowych, zachodnich, wschodnich i centralnych - śledzili od roku 1848 rozwój szlezwicko-holsztyńskiej sprawy. Mylili się głęboko ci, którzy w tej pasji widzieli współczucie dla rodzonych braci Niemców, jakoby dławionych despotyzmem duńskim. Tu w grę wchodziły zupełnie inne interesy państwowe, pangermańskie, polegające na rozszerzeniu granic morskich, opanowaniu morskiej komunikacji, na stworzeniu potężnej floty niemieckiej.

Już w latach 1840 i 1841 podjęto problem niemieckiej floty. Pamiętamy, z jakim entuzjazmem całe Niemcy przyjęły wiersz Herwegha: "Flota niemiecka".

Niemcy, powtarzam raz jeszcze, są narodem w najwyższym stopniu przesiąkniętym duchem państwowości, tak że ta państwowość góruje nad wszystkimi innymi ich pasjami i niszczy w nich zdecydowanie instynkt wolności. I właśnie ta cecha decyduje obecnie o ich szczególnej wielkości; ona jest i przez pewien czas jeszcze będzie niezmiennym i bezpośrednim oparciem dla wszystkich ambitnych planów cesarza niemieckiego. Na niej może się oprzeć mocno książę Bismarck.

Niemcy to naród oświecony; wiedzą, że bez trwałych granic morskich nie ma i nie może istnieć wielkie państwo. Dlatego właśnie wbrew historycznej, etnograficznej i geograficznej prawdzie twierdzą jeszcze i dzisiaj, że Triest był, jest i będzie miastem niemieckim, że cały Dunaj jest rzeką niemiecką. Niemcy rwą się do morza. I jeżeli ich nie powstrzyma Rewolucja Socjalna, można z pewnością twierdzić, że zanim upłynie dwadzieścia, dziesięć, a może jeszcze mniej lat - obecne wydarzenia następują po sobie tak szybko - Niemcy w krótkim czasie podbiją całą niemiecką Danię, całą niemiecką Holandię, całą niemiecką Belgię. Można powiedzieć, że wszystko to jest naturalną konsekwencją ich sytuacji politycznej, ich instynktownych dążeń.

Niemcy przeszły już pierwszy etap tej drogi.

Przypisy

6) W oryginale: Moskwa. (przyp. red.)

7) Duchiński Franciszek (1817-1893) - historyk, działacz polityczny, wykładał w Szkole Polskiej w Paryżu, a następnie był kustoszem Zbiorów Raperswilskich. W latach 1858-1864 wydał szereg broszur, w których głosił odrębność rasową Rosjan od plemion słowiańskich. Dobierając stronniczo fakty i materiały historyczne, naginając je do z góry powziętej tezy, twierdził, że Rosjanie są pochodzenia mongolskiego, i wzywał do krucjaty "Wszechariów" przeciwko "Moskwie", za co był ostro krytykowany i wyśmiewany przez polskie demokratyczne środowisko emigracyjne. (przyp. red.)

8) Bakunin łączy tezę historyka rosyjskiego N. I. Kostomarowa (1817-1885) o decydującym wpływie tatarskim na kształtowanie się organizacji państwowej Moskiewskiej Rusi z rozpowszechnionym w słowianofilstwie rosyjskim poglądem o obcym, głównie niemieckim pochodzeniu państwowości rosyjskiej. (przyp. red.)

9) Palacky Franciszek (1798-1876) - czeski historyk i polityk, działacz czeskiego ruchu narodowego, panslawista. Riegier Franciszek Władysław (1818-1903) - literat i polityk czeski, działacz czeskiego ruchu narodowego. (przyp. red.)

 

Proletariat a państwo współczesne | Nieuchronność Rewolucji Socjalnej | Pangermanizm a panslawizm | Słowianie a organizacja państwowa | Dążenie do hegemoni mocarstw europejskich | Państwo rosyjskie a wyzwolenie Słowian | Ustanowienie imperium pangermańskiego | Niemiecki liberalizm | Metafizyka a rewolucja



[strona główna] [biografia] [pisma] [opracowania] [ikonografia] [bibliografia] [odnośniki] [redakcja]
Strony Internetowe Trojka Design  © 2001-2013 rozbrat.org