Michał Bakunin

PAŃSTWOWOŚĆ A ANARCHIA
Walka dwóch partii w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Robotników


Nieuchronność Rewolucji Socjalnej

Walka na śmierć i życie! I nie tylko w jednej Francji, lecz w całej Europie. Jest to wojna, która może się skończyć jedynie zdecydowanym zwycięstwem jednej ze stron wojujących i całkowitą klęską strony drugiej.
Albo burżuazyjno-cywilizowany świat poskromi i ujarzmi żywiołowy bunt ludu i siłą bagnetów, knuta lub pałki, siłą pobłogosławioną oczywiście przez tego lub innego boga i usprawiedliwioną w sposób racjonalny, naukowy, zmusi masy robotnicze, by pracowały jak dawniej - co bezpośrednio prowadziłoby do całkowitego odbudowania państwa w jego najbardziej autentycznej postaci, jedynej możliwej w dzisiejszych czasach, a więc w postaci dyktatury wojskowej lub cesarstwa; albo też masy robotnicze zrzucą ostatecznie ze swych bark znienawidzone wielowiekowe jarzmo, zburzą fundamenty burżuazyjnego wyzysku i zbudowaną na nim burżuazyjną cywilizację - czyli, innymi słowy, zwycięży Rewolucja Socjalna, druzgocąc wszystko, co się zwie państwem.

A więc Państwo i Rewolucja Socjalna są dwoma biegunami, których antagonizm stanowi najgłębszą treść współczesnego życia społecznego w całej Europie. We Francji zaś jest to bardziej widoczne niż w jakimkolwiek innym kraju. Wersal stał się ośrodkiem, ostatnim schronieniem i ostatnią twierdzą państwowego świata całej burżuazji, włączając oczywiście i zburżuazyjniałą szlachtę. Rewolucja Socjalna, która w Paryżu poniosła straszliwą klęskę, lecz bynajmniej nie została stłumiona i pokonana i nadal ogarnia cały miejski i fabryczny proletariat, dzięki nieustannej propagandzie zaczyna obejmować również i ludność wiejską, przynajmniej w południowej Francji, gdzie propaganda ta ma najszerszy zasięg. I właśnie ów antagonizm dwóch od tej chwili nieprzejednanych światów stanowi drugą przyczynę, która uniemożliwia odrodzenie się hegemonii państwa francuskiego.

Wszystkie uprzywilejowane warstwy społeczeństwa francuskiego pragnęły niewątpliwie przywrócić swej ojczyźnie dawną świetność i chwałę; ale zarazem są tak chciwe, tak przepojone żądzą wzbogacenia się za wszelką cenę i antypatriotycznym egoizmem, że choć dla osiągnięcia patriotycznego celu gotowe są złożyć w ofierze mienie, życie i wolność proletariatu, nie wyrzekną się ani jednego ze swych drogocennych przywilejów i raczej pogodzą się z jarzmem niewoli, niż zrzekną się swej własności lub zgodzą się na zrównanie mienia i praw.
To, co dzieje się obecnie na naszych oczach, w pełni potwierdza tę tezę. Kiedy rząd pana Thiersa oficjalnie oznajmił zgromadzeniu wersalskiemu o zawarciu ostatecznego układu z gabinetem berlińskim, zgodnie z którym wojska niemieckie miały się wycofać we wrześniu z okupowanych jeszcze prowincji Francji, większość zgromadzenia, którą stanowiła koalicja uprzywilejowanych klas francuskiego społeczeństwa, zwiesiła głowę, wartość francuskich akcji, najlepszego barometru w każdej sytuacji, spadła jak gdyby po katastrofie państwowej. Okazało się, że znienawidzona, narzucona przemoc i haniebna dla Francji obecność zwycięskich wojsk niemieckich była dla uprzywilejowanych patriotów francuskich, walecznych przedstawicieli burżuazji i burżuazyjnej cywilizacji, pociechą, oparciem, ratunkiem, a wycofanie tych wojsk równało się wyrokowi śmierci.

Osobliwy patriotyzm francuskiej burżuazji szuka ratunku w haniebnym ujarzmieniu ojczyzny. Tym zaś, którzy jeszcze o tym wątpią, pokażemy pierwszy lepszy konserwatywny dziennik francuski. Wiadomo, jak bardzo przerażone, wzburzone, rozwścieczone są partie reakcyjne wszystkich odcieni: bonapartyści, legitymiści, orleaniści - wyborem pana Barodeta na deputowanego miasta Paryża. Kto jest ów Barodet? Jeden z wielu pionków partii pana Gambetty, konserwatysta zarówno ze względu na swą przynależność społeczną i poglądy, jak i z instynktu, maskujący się tylko demokratycznymi i republikańskimi frazesami, które mu bynajmniej nie przeszkodziły, lecz przeciwnie, niezmiernie ułatwiały stosowanie najbardziej reakcyjnych środków; słowem - człowiek, który nigdy nie miał z rewolucją nic wspólnego i który w latach 1870 i 1871 był jednym z najbardziej gorliwych obrońców burżuazyjnego ładu w Lyonie. Obecnie, jak wielu innych burżuazyjnych patriotów, uważa za dogodne dla siebie zaciągnąć się pod bynajmniej nie rewolucyjny sztandar pana Gambetty. Z tych powodów został wybrany przez Paryż na przekór Thiersowi, prezydentowi republiki, oraz monarchicznemu, pseudoludowemu zgromadzeniu panującemu w Wersalu. Wybór tego nędznego pionka wystarczył, żeby wyprowadzić z równowagi całą konserwatywną partię! A czy wiecie, jaki był ich główny argument? Niemcy!
Otwórzcie pierwszy lepszy dziennik, a zobaczycie, jak ludzie ci grożą proletariatowi francuskiemu sprawiedliwym gniewem księcia Bismarcka i jego cesarza. Cóż za patriotyzm! Tak, są to ludzie, którzy po prostu wzywają pomocy Niemców przeciw grożącej im francuskiej Rewolucji Socjalnej. Ogłupiali z przerażenia, nawet niewinnego Barodeta wzięli za rewolucyjnego socjalistę.

Takie nastroje panujące wśród francuskiej burżuazji nie pozwalają rościć nadziei, aby patriotyzm klas uprzywilejowanych mógł odbudować kiedykolwiek państwową potęgę i hegemonię Francji.

Patriotyzm francuskiego proletariatu nie budzi również wielkich nadziei. Granice jego ojczyzny tak się rozszerzyły, że obejmują obecnie proletariat całego świata, który przeciwstawia się całej burżuazji, nie wyłączając oczywiście burżuazji francuskiej. Deklaracje Komuny Paryskiej są pod tym względem jednoznaczne, a sympatie okazywane tak wyraźnie rewolucjonistom hiszpańskim przez robotników, zwłaszcza w południowej Francji, gdzie proletariat jawnie dąży do braterskiego sojuszu z proletariatem hiszpańskim, a nawet do utworzenia z nim ludowej federacji opartej na wyzwolonej pracy i kolektywnej własności wbrew wszelkim różnicom narodowym i na przekór granicom państwowym - te sympatie I dążenia, powtarzam, dowodzą, że ani dla proletariatu francuskiego, ani dla klas uprzywilejowanych patriotyzm państwowy właściwie już nie istnieje.
Czy można zbudować silne państwo, jeżeli brak patriotyzmu we wszystkich warstwach społeczeństwa francuskiego, wobec toczącej się pomiędzy nimi walki na śmierć i życie? Nie przyda się na nic cała polityczna zręczność i doświadczenie sędziwego prezydenta republiki, wszystkie straszliwe ofiary, jakie złożył na ołtarzu politycznej ojczyzny. Życie wielu dziesiątków tysięcy komunardów paryskich nieludzko wymordowanych wraz z kobietami i dziećmi lub zesłanie dziesiątków tysięcy innych do Nowej Kaledonii - okaże się na pewno bezużyteczną ofiarą.

Pan Thiers na próżno usiłuje przywrócić zaufanie, spokój wewnętrzny, dawny ład i militarną siłę Francji. Gmachem państwa wstrząsnął i nadal burzy jego posady antagonizm proletariatu i burżuazji; gmach ten trzeszczy, pęka i w każdej chwili grozi zawaleniem. Jakim sposobem takie stare, nieuleczalnie chore państwo może walczyć z młodym i dotychczas jeszcze zdrowym państwem niemieckim?

Od tego czasu, powtarzam, Francja raz na zawsze przestała być mocarstwem zaawansowanym w świecie. Okres jej politycznej potęgi minął równie bezpowrotnie, jak minął okres jej klasycznej literatury, monarchii i republiki. Na przegniłych starych podwalinach państwa Thiers daremnie usiłuje zbudować swoją konserwatywną republikę, tj. dawną monarchię pod przemalowanym, rzekomo republikańskim szyldem. Ale równie daremnie przywódca obecnej partii radykalnej, p. Gambetta, który jest po prostu następcą pana Thiersa, obiecuje zbudować nowe państwo, niby szczerze republikańskie i demokratyczne, rzekomo oparte na nowych podwalinach. Są to puste słowa, ponieważ podwaliny takie nie istnieją i istnieć nie mogą.

W obecnej, tak poważnej sytuacji mocną podstawę silnego państwa może stanowić tylko wojskowa i biurokratyczna centralizacja. Między monarchią a najbardziej nawet demokratyczną republiką zachodzi głęboka różnica: w pierwszej świat urzędniczy gnębi i rabuje, by zaspokoić interesy klas uprzywilejowanych, posiadających, jak również po to, by napełnić własną kieszeń - czyniąc to w imieniu monarchy; w republice będzie czynił to samo, by przynieść korzyść własnej kieszeni i tym samym klasom - ale będzie to robił w imię wolności ludu. W republice ci, którzy podszywają się pod masy ludowe i są uznani za lud reprezentowany rzekomo przez państwo, dławią i będą dławić lud żywy i prawdziwy. Ludowi bynajmniej nie będzie lżej, jeśli pałka, która go bić będzie, zostanie nazwana pałką ludową.

Kwestia socjalna, pasja rewolucyjno-socjalna zawładnęły obecnie świadomością francuskiego proletariatu. Należy tej pasji albo zadośćuczynić, albo okiełznać ją i stłumić. Zadośćuczynić jej jednak można by tylko wówczas, gdyby zginęła przemoc państwa, ta ostatnia ostoja burżuazyjnych interesów. Żadne państwo, nawet o najbardziej demokratycznych formach, choćby to była najbardziej czerwona republika polityczna, republika ludowa, a właściwie pseudoludowa, gdyż tylko taka forma jest możliwa pod fałszywym szyldem przedstawicielstwa ludu, nie będzie w stanie dać ludowi tego, co mu potrzebne, tj. możliwości swobodnego organizowania się od dołu ku górze w imię własnych interesów. Każde bowiem państwo, najbardziej nawet republikańskie i demokratyczne, nawet pseudoludowe państwo wymyślone przez pana Marksa, w istocie swej jest niczym innym jak tylko aparatem kierującym masami odgórnie, przy pomocy inteligenckiej, a więc uprzywilejowanej mniejszości, która lepiej jakoby rozumie rzeczywiste interesy ludu aniżeli sam lud.

Klasy posiadające i rządzące nigdy nie zaspokoją dążeń i potrzeb ludu. Jest to wręcz niemożliwe. Pozostaje więc tylko jeden środek do dyspozycji - przemoc państwa, słowem, pozostaje państwo, ponieważ państwo to tyle co przemoc, to znaczy władza oparta na przemocy, przy czym jest to przemoc na ogół zamaskowana, a w skrajnych wypadkach - bezceremonialna i jawna. Ale p. Gambetta jest tak samo rzecznikiem interesów burżuazji, jak i sam pan Thiers; równie pragnie silnego państwa i nieograniczonej władzy klasy średniej, być może z udziałem zburżuazyjniałej części proletariatu, która we Francji stanowi nieznaczny odłam całej klasy robotniczej. Różnica między Gambettą a panem Thiersem polega na tym tylko, że pan Thiers, niewolnik aktualnych uprzedzeń i przesądów, szuka oparcia i ratunku jedynie u niezmiernie bogatej burżuazji i patrzy nieufnie na dziesiątki lub nawet i setki tysięcy nowych pretendentów do władzy rekrutujących się spośród drobnej burżuazji i wyżej wspomnianej, pnącej się ku burżuazji, części klasy robotniczej, gdy tymczasem pan Gambetta, odtrącony przez wyższe klasy, które dotychczas rządzą Francją niepodzielnie, dąży do oparcia własnej potęgi politycznej, swej republikańsko-demokratycznej dyktatury właśnie na ogromnej i rdzennie burżuazyjnej większości, do dziś pozbawionej korzyści i zaszczytów płynących z racji udziału w rządach.

Jest on zresztą przekonany, i naszym zdaniem zupełnie słusznie, że gdy tylko zdoła przy pomocy tej większości zagarnąć władzę, wówczas klasy najbogatsze, a więc bankierzy, wielkie ziemiaństwo, kupcy i przemysłowcy, słowem - wszyscy spekulanci czerpiący zyski z pracy ludu, zwrócą się ku niemu, uznają jego władzę i zapragną zawrzeć z nim sojusz przyjaźni. On oczywiście nie odmówi, ponieważ jako prawdziwy mąż stanu wie aż nazbyt dobrze, że żadne państwo, zwłaszcza zaś silne państwo, nie może istnieć bez sojuszu i przyjaźni z elitą burżuazji.

Oznacza to, że państwo Gambetty będzie w takim samym stopniu ciemiężyło i wyzyskiwało lud, jak wszystkie inne państwa przed nim; tyle że tamte czyniły to bardziej jawnie. I właśnie dlatego, że państwo Gambetty będzie przybierać formy szerokiej demokracji, będzie przez to o wiele mocniej, bardziej niezawodnie gwarantowało chciwej i bogatej mniejszości spokojny i jeszcze pełniejszy wyzysk pracy ludu.

P. Gambetta, jako mąż stanu najnowszej szkoły, nie boi się bynajmniej ani najszerszych demokratycznych form, ani powszechnego prawa wyborczego. Wie lepiej niż inni, że prawo wyborcze gwarantuje nieliczne swobody dla ludu, i odwrotnie - szerokie dla wyzyskujących lud jednostek i klas; wie, że despotyzm państwa nigdy nie bywa tak straszliwy i tak potężny jak wtedy, gdy opiera się na rzekomych przedstawicielach rzekomej woli ludu.
Gdyby obietnice ambitnego adwokata mogły zwieść proletariat francuski, gdyby Gambetta zdołał rzucić ów niespokojny lud na prokrustowe łoże swej demokratycznej republiki, wówczas bez wątpienia przywróciłby państwu francuskiemu dawną jego wielkość i świetność.

Ale w tym cała trudność, że próba ta jest nierealna. Nie ma na świecie obecnie takiej siły, nie ma takich narzędzi politycznego lub religijnego nacisku, które mogłyby w proletariacie jakiegokolwiek kraju, zwłaszcza zaś we francuskim, zdławić dążenie do ekonomicznego wyzwolenia i równości społecznej. Cokolwiek Gambetta przedsięweźmie, czy będzie groził bagnetami, czy schlebiał słowami, nie upora się z bohaterską potęgą tych dążeń i nigdy nie uda mu się ponownie wprzęgnąć mas robotniczych do czarodziejskiego rydwanu, któremu na imię państwo. Kwiaty jego retoryki nie zdołają zasypać i wyrównać przepaści, która oddzieliła na zawsze burżuazję od proletariatu, nigdy nie położą kresu rozpaczliwej walce tych dwóch klas. Walka ta zużyje wszystkie środki i siły państwa, tak że nie starczy już Francji ani środków, ani sił, by zachować przewagę nad resztą Europy. Jakże może się ona mierzyć z cesarstwem Bismarcka!

Bez względu na przechwałki patriotów państwa francuskiego Francja jako państwo skazana jest na to, by zajmować skromne, drugorzędne miejsce w Europie. Co więcej - będzie musiała podporządkować się zwierzchnictwu, przyjacielskiej kurateli cesarstwa niemieckiego, podobnie jak do roku 1870 państwo włoskie było podporządkowane cesarstwu francuskiemu.

Jest to zapewne dogodna sytuacja dla francuskich spekulantów czerpiących znaczne zyski ze światowych rynków, lecz bynajmniej nie do pozazdroszczenia z punktu widzenia ambicji narodowych, które przyświecają francuskim państwowym patriotom. Do roku 1870 można jeszcze było traktować tę ambicję jako uczucie dostatecznie silne, zdolne najbardziej zaciekłych zwolenników burżuazyjnych przywilejów pchnąć do Rewolucji Socjalnej, w imię ratowania Francji przed hańbą klęski i niemieckiej okupacji. Ale po roku 1870 nikt na serio ich uczuć nie bierze; wszyscy wiedzą, że zgodzą się oni raczej na największą hańbę, nawet na niemiecki protektorat, niż na Wyrzeczenie się panowania nad swym własnym proletariatem, które tak wielkie przynosi im zyski.

Czyż nie jest jasne, że państwo francuskie nigdy już nie odbuduje swej dawnej potęgi? Ale czy fakt ten oznacza, że Francja utraciła już bezpowrotnie swą dominującą pozycję w świecie? Bynajmniej, oznacza to jedynie, że Francja utraciwszy bezpowrotnie swą wielkość jako państwo, będzie musiała zdobyć nową wielkość i chwałę w Rewolucji Socjalnej. Jeżeli Francja nie może współzawodniczyć z nowym cesarstwem niemieckim, to jakież inne państwo europejskie mogłoby się o to pokusić?

Oczywiście, że nie Wielka Brytania. Po pierwsze Anglia nigdy właściwie nie była państwem w ścisłym i najbardziej współczesnym sensie tego słowa, ponieważ nie istnieje w niej centralizacja wojskowa, policyjna i biurokratyczna. Anglia jest raczej federacją uprzywilejowanych grup i interesów, społeczeństwem autonomicznym, w którym pierwotnie dominowała arystokracja feudalna, obecnie zaś wraz z nią dominuje arystokracja pieniężna. W społeczeństwie tym, podobnie jak we Francji, choć w innych nieco formach, proletariat jasno i groźnie żąda zrównania ekonomicznych warunków życia i praw politycznych.

Oczywiście, Anglia zawsze wywierała wpływ na polityczne wydarzenia Europy, ale raczej dzięki swemu bogactwu niż przez organizację siły wojskowej. W czasach obecnych, jak wszystkim wiadomo, wpływ ten znacznie się zmniejszył. Jeszcze przed trzydziestu laty Anglia nie zniosłaby tak spokojnie ani podboju prowincji reńskich przez Niemców, ani odrodzenia rosyjskiej hegemonii na Morzu Czarnym, ani wyprawy Rosjan na Chiwę. Stałe ustępstwa z jej strony dowodzą niewątpliwie, że z roku na rok pogłębia się jej polityczne bankructwo. Główną przyczyną tego bankructwa jest ciągle ten sam antagonizm między światem robotniczym a światem wyzyskiwaczy, światem rządzącej burżuazji.

W Anglii Rewolucja Socjalna wybuchnie daleko prędzej, niż się na ogół sądzi, i nigdzie nie będzie tak straszliwa jak właśnie tam, ponieważ nigdzie nie napotka równie rozpaczliwego i tak dobrze zorganizowanego oporu.
O Hiszpanii i o Włoszech nie warto nawet mówić. Są to bowiem państwa, które nigdy nie staną się groźne ani nawet silne. Co prawda miałyby po temu dość materialnych środków, ale duch narodowy zarówno jednego, jak i drugiego kraju popycha je nieuchronnie ku zupełnie innym celom.

Hiszpania, na skutek katolickiego fanatyzmu i despotyzmu Karola V i Filipa II, zepchnięta z wyznaczonej jej przez dzieje drogi, wzbogacona nagle nie przez pracę narodu, lecz przez amerykańskie srebro i złoto, w XVI i XVII stuleciu usiłowała udźwignąć na swych barkach zaszczytne - zresztą nie do pozazdroszczenia - brzemię światowej monarchii tworzonej przemocą. Drogo ją to kosztowało. Okres potęgi był zarazem schyłkiem jej umysłowego, moralnego i materialnego rozwoju. Po krótkim wytężeniu wszystkich sił wbrew własnej naturze, co spowodowało, że stała się postrachem i przedmiotem nienawiści całej Europy oraz zdołała na jedną chwilę, ale tylko na jedną chwilę, wstrzymać postęp europejskich społeczeństw - nagle załamała się i wpadła w stan krańcowego otępienia, wyczerpania i apatii; w tym stanie ostatecznej hańby, jaką okryły ją potworne i bezrozumne rządy Bourbonów, trwała aż do chwili, gdy Napoleon I w zaborczych celach wtargnął w jej granice i zbudził ją ze snu trwającego już dwa stulecia.

Okazało się, że Hiszpania nie zginęła. Z cudzoziemskiej niewoli wyzwoliło ją prawdziwie ludowe powstanie, co było dowodem, że masy ludowe, nieoświecone i nieuzbrojone, są zdolne oprzeć się najlepszej armii świata, jeśli tylko ożywia je wielki i zgodny zapał. Hiszpania dowiodła ponadto, że nieoświecony lud, jego siły i pasje więcej znaczą w walce o wolność niż cywilizacja burżuazji.

Na próżno pysznią się Niemcy porównując swoje narodowe, ale bynajmniej nie ludowe powstanie z lat 1812 i l813 z powstaniem hiszpańskim. Bezbronni Hiszpanie powstali przeciwko ogromnej potędze niezwyciężonego dotychczas zdobywcy; Niemcy zaś przeciwko Napoleonowi, który niedawno poniósł klęskę w Rosji.

Przedtem w żadnej z niemieckich wsi, w żadnym z niemieckich miast nie ośmielono się stawić najmniejszego oporu zwycięskim wojskom francuskim. Niemcy tak przywykli do posłuszeństwa, tej głównej państwowej cechy, że wola zwycięzców stała się dla nich święta, skoro tylko zajęli oni miejsce ojczystych władz. Nawet generałowie pruscy, poddając jedną twierdzę po drugiej, poddając najmocniejsze pozycje i stolice, powtarzali pamiętne powiedzenie ówczesnego komendanta Berlina, które później stało się przysłowiowe: "Zachowanie spokoju jest pierwszym obowiązkiem obywatela".

Tylko Tyrol stanowił wyjątek. W Tyrolu lud rzeczywiście stawiał opór armii Napoleona. Lecz jest rzeczą znaną, że Tyrol to najbardziej zacofana i nie oświecona część Niemiec, jego więc przykład nie znalazł naśladowców w innych, oświeconych prowincjach kraju.

Nie ulega wątpliwości, że powstanie ludowe, z natury żywiołowe, chaotyczne i bezlitosne, przynosi zwykle wielkie straty i ofiary materialne obu walczącym stronom. Masy ludowe są gotowe zawsze do takich ofiar; są one brutalną, nieokiełznaną siłą, zdolną przez heroiczne czyny urzeczywistnić cele pozornie niemożliwe do osiągnięcia. Prawie zupełnie lub też całkowicie pozbawione własności, masy ludowe nie są przez własność zdemoralizowane. Zatem nie zawahają się one zniszczyć swych własnych osiedli i miast, jeśli jest to warunkiem obrony lub zwycięstwa, a ponieważ chodzi zazwyczaj o własność cudzą, nierzadko ogarnia lud pasja niszczenia. To zjawisko negatywności samo przez się nie wystarcza, aby lud dorósł do wysokości zadań, które przed nim stawia rewolucja, a jednak bez tej pasji rewolucja jest nie do pomyślenia, jest niemożliwa. Rewolucja nie może się obyć bez wielkich i gwałtownych zniszczeń, ona burzy w sposób zbawczy i owocny, ponieważ właśnie z ruin i tylko dzięki nim poczynają się i rodzą nowe światy.

Myśl o zburzeniu czegokolwiek jest sprzeczna ze świadomością burżuazyjną, z burżuazyjną cywilizacją, ponieważ zbudowana jest ona na fanatycznym ubóstwianiu własności. Mieszczuch, czyli bourgeois, odda raczej życie, wolność, honor, niż wyrzeknie się swych dóbr; sama myśl o zamachu na własność, o zniesieniu jej dla jakichkolwiek celów wydaje się burżuazji świętokradztwem. Dlatego nigdy się ona nie zgodzi na obrócenie w gruzy swoich miast i domów, nawet wówczas, gdy obrona kraju tego wymaga. Z tej właśnie przyczyny francuska burżuazja w 1870 roku oraz niemieckie drobnomieszczaństwo aż do 1813 roku tak łatwo ulegały szczęśliwym zdobywcom. Widzieliśmy, że posiadanie własności wystarczyło, by zdeprawować chłopstwo francuskie i stłumić w nim ostatnią iskrę patriotyzmu.

Aby rzec ostatnie słowo o tak zwanym narodowym powstaniu niemieckim przeciwko Napoleonowi, powtórzymy raz jeszcze, że - po pierwsze - wybuchło ono wtedy, gdy rozgromiona armia napoleońska uciekała z Rosji i gdy pruskie oraz inne niemieckie korpusy, stanowiące do niedawna część tej armii, przeszły na stronę Rosjan; po drugie - że nawet wówczas nie było właściwie w Niemczech powszechnego powstania ludowego, w miastach i wsiach panował nadal spokój, uformowały się jedynie oddziały ochotników złożone z młodzieży, przeważnie studentów, którzy zostali natychmiast wcieleni do szeregów regularnej armii, co jest całkowicie sprzeczne z metodą i duchem powstań ludowych.

Słowem, w Niemczech młodzi obywatele, a ściślej mówiąc, wierni poddani, pobudzeni przez płomienne mowy swych filozofów i zachęcani przez pieśni swych poetów, chwycili za broń, aby bronić państwa niemieckiego i odbudować je, ponieważ właśnie wtedy obudziła się w Niemczech myśl o państwie pangermańskim. Natomiast w Hiszpanii cały lud bez wyjątku przystąpił do powstania, żeby obronić wolność ojczyzny i niepodległość życia narodowego przed zuchwałym i potężnym najeźdźcą.

Od tego czasu Hiszpania czuwa i już 60 lat szuka w udręce nowych form odrodzonego życia. Czegóż ona, biedna, nie próbowała! Od dwukrotnie restaurowanej monarchii absolutnej do konstytucji królowej Izabeli, od Espartero do Narvaeza, od Narvaeza do Prima i od Prima do króla Amadeusza, Sagasty i Zorrilli; jak gdyby chciała przymierzyć wszelkie możliwe formy monarchii konstytucyjnej, lecz wszystkie bez wyjątku okazały się dla niej zbyt ciasne, grożące ruiną, niemożliwe do przyjęcia. Taką też okazała się panująca obecnie republika konserwatywna, czyli rządy spekulantów, bogatych posiadaczy i bankierów, ukryte pod republikańskim szyldem. Równie absurdalna okaże się niebawem polityczna drobnoburżuazyjna federacja, analogiczna do federacji szwajcarskiej.

Demoniczny rewolucyjny socjalizm nie na żarty opętał Hiszpanię. Chłopi w Andaluzji i Estremadurze, nie pytając nikogo o zdanie, nie czekając na niczyje wskazówki, już zagarnęli i nadal zagarniają grunty dawnych właścicieli ziemskich. Katalonia, z Barceloną na czele, ogłasza swą niezależność, swą autonomię. Lud madrycki proklamuje republikę federalną i nie godzi się na podporządkowanie rewolucji dekretom przyszłego zgromadzenia ustawodawczego. W prowincjach północnych, pozostających rzekomo pod reakcyjnymi rządami karlistów, jawnie realizuje się Rewolucja Socjalna: proklamuje się fuerosy, autonomię prowincji i gmin, pali się wszystkie akta sądowe i cywilne; wojsko w całej Hiszpanii brata się z ludem i wypędza oficerów. Nastał czas powszechnego, publicznego i prywatnego bankructwa, które jest podstawowym warunkiem rewolucji socjalno-ekonomicznej.

Słowem, ostateczna klęska i rozkład. Wszystko przegniło do cna i wali się w gruzy. Nie ma już ani finansów, ani wojska, ani sądu, ani policji; zniszczone zostały siły państwa, nie ma więc państwa, pozostał tylko pełen sił i młodości lud, opanowany socjalno-rewolucyjną pasją. Pod wspólnym kierownictwem Międzynarodówki i Aliansu Socjalnych Rewolucjonistów lud zespala i organizuje swe siły, przygotowując się do budowy własnego wyzwolonego świata człowieka-robotnika na ruinach rozkładającego się państwa i świata burżuazji.

We Włoszech Rewolucja Socjalna jest równie bliska jak w Hiszpanii. Wbrew wszelkim zabiegom monarchistów konstytucyjnych, a nawet wbrew bohaterskim, lecz daremnym wysiłkom dwóch wielkich przywódców, Mazziniego i Garibaldiego, idea państwowości nie stała się i nigdy nie stanie się popularna, ponieważ jest sprzeczna z panującym obecnie duchem i ze wszystkimi instynktownymi dążeniami i materialnymi potrzebami, których zaspokojenia domagają się niezliczone masy wiejskiego i miejskiego proletariatu.

We Włoszech, podobnie jak w Hiszpanii, dawno już i, co więcej, na zawsze wygasły centralistyczne i autokratyczne tradycje starożytnego Rzymu, które przetrwały w pismach Dantego i Makiawela oraz w nowoczesnej literaturze politycznej, lecz bynajmniej nie w żywej pamięci ludu; we Włoszech, powiadam, żywa jest tylko tradycja absolutnej autonomii. Autonomia nie prowincji, lecz gmin, jest właściwie jedynym pojęciem politycznym, które wrosło w świadomość włoskiego ludu. Należy też wziąć pod uwagę historyczno-etnograficzne zróżnicowanie prowincji, różnorodność dialektów tak wielką, że mieszkańcy różnych prowincji z trudem, a czasem nawet zupełnie nie mogą się wzajemnie porozumieć. Jest więc rzeczą jasną, jak dalekie są Włochy od urzeczywistnienia najnowocześniejszego politycznego ideału jedności państwowej. Nie znaczy to wcale, że społeczeństwo Włoch nie jest jednolite. Przeciwnie, niezależnie od wszelkich różnic istniejących między dialektami, obyczajami i prawami, można wyróżnić wspólne wszystkim Włochom cechy oraz charakter, co sprawia, że odróżnicie natychmiast Włocha od człowieka pochodzącego z każdego innego plemienia, nawet południowego.

Z drugiej strony, wspólność materialnych interesów i zgodność intelektualnych dążeń łączą i zespalają ściśle wszystkie prowincje włoskie. Jest jednak rzeczą godną uwagi, że wszystkie te interesy i dążenia są sprzeczne z narzuconą Włochom jednością polityczną i skłaniają je raczej do ustanowienia jedności socjalnej. Można więc powiedzieć, i na dowód tego przytoczyć niezliczone fakty z życia współczesnych Włoch, że narzucona przemocą polityczna czy państwowa jedność spowodowała rozbicie społeczeństwa i że w wyniku rozbicia nowoczesnego państwa włoskiego powstanie nieuchronnie zjednoczone wolne społeczeństwo.

Oczywiście, wszystko to dotyczy tylko mas ludowych, we Włoszech bowiem, podobnie jak w innych krajach, wraz z jednością państwową zrodziła się, rozwija i staje się coraz bardziej powszechna społeczna jedność wyższych warstw burżuazji, uprzywilejowanej klasy wyzyskującej pracę ludu.

We Włoszech klasa ta nosi obecnie wspólne miano Konsorterii. Należy do niej cały oficjalny świat urzędniczy i wojskowy, policyjny i sądowy; świat wielkich właścicieli, przemysłowców, kupców i bankierów, cała urzędowa i półurzędowa adwokatura oraz literatura, a także parlament, którego prawica korzysta obecnie z wszelkich przywilejów władzy, a lewica usiłuje przejąć tę władzę w swe ręce.

We Włoszech, jak wszędzie, istnieje jeden i niepodzielny świat politycznych drapieżców, którzy wysysają krew z kraju w imię państwa i doprowadzają go jakoby dla jego korzyści do skrajnej nędzy i rozpaczy.

Ale nawet najskrajniejsza nędza wielomilionowego proletariatu nie jest jeszcze dostatecznym warunkiem rewolucji. Natura obdarzyła człowieka zdumiewającą i niekiedy doprawdy mogącą doprowadzić do rozpaczy cierpliwością. Licho wie, czego on nie zniesie, jeśli tej nędzy, która skazuje go na niesłychane wyrzeczenia i powolną śmierć głodową, towarzyszą jeszcze: ograniczony umysł, przytępione uczucia, brak uświadomienia sobie swych praw i ta niewzruszona cierpliwość oraz posłuszeństwo - cechy, którymi się szczególnie wyróżniają spośród wszystkich narodów Hindusi i Niemcy. Takiemu człowiekowi obce są wzloty ducha; prędzej umrze, niż się zbuntuje.

Lud doprowadzony do rozpaczy daje się jednak łatwo podburzyć. Rozpacz - to uczucie gwałtowne, namiętne, rozpacz wytrąca go z tępego, półsennego odrętwienia i budzi w nim mniej lub więcej wyraźną myśl o możliwości poprawy położenia, choćby na razie nie miał nadziei jej osiągnąć.

Nikt, wreszcie, nie może być długo pogrążony w rozpaczy. Rozpacz szybko prowadzi człowieka albo w objęcia śmierci, albo pobudza do czynu. Lecz jakiż to czyn? Oczywiście czyn, który prowadzi do wyzwolenia i osiągnięcia lepszych warunków bytu. W przystępie rozpaczy nawet Niemiec przestaje być rezonerem; tylko że trzeba wielu, bardzo wielu wszelakich krzywd, prześladowań, cierpień i zła, aby Niemca doprowadzić do rozpaczy.

Jednak, aby wzniecić Rewolucję Socjalną, nie wystarczy nędza i rozpacz. Są one zdolne wzniecić indywidualne, a co najwyżej lokalne bunty, lecz nie mają sił poruszyć całych mas ludu. Niezbędny jest jeszcze wspólny całemu ludowi ideał, który wyłaniał się z głębi instynktu ludowego na przestrzeni dziejów, instynktu wykształconego, rozwiniętego i oświeconego na skutek ważnych wydarzeń, ciężkich i gorzkich doświadczeń; niezbędna jest świadomość swoich praw i głęboka, rzec można, gorąca wiara w te prawa. Jeśli taki ideał i taka wiara ożywiają lud doprowadzony wskutek nędzy do rozpaczy, wówczas Rewolucja Socjalna jest nieuchronna, bliska i żadna siła nie zdoła jej zapobiec.

W takim właśnie położeniu znajduje się lud włoski. Jego nędza i wszelkiego rodzaju cierpienia są wielkie - niewiele mniejsze od nędzy i cierpień dręczących lud rosyjski. Lecz w proletariacie włoskim rozwinęła się w większym stopniu niż w naszym proletariacie płomienna rewolucyjna świadomość, entuzjazm, który przejawia się coraz wyraźniej i bardziej dobitnie. Proletariat włoski, z natury rozumny i pełen pasji, zaczyna wreszcie pojmować, czego mu trzeba i do czego powinien dążyć, aby wyzwolić cały świat mas ludowych. Pod tym względem propaganda - prowadzona przez Międzynarodówkę energicznie i na szeroką skalę dopiero w ciągu ostatnich dwóch, lat - oddała mu ogromne usługi. Ona mu ukazała, a raczej obudziła w nim ten ideał, w głównych zarysach już ukształtowany przez instynkty tkwiące w jego naturze, ideał, bez którego, "jak powiedzieliśmy, powstanie ludowe jest niemożliwe, i to bez względu na rozmiary cierpień ludu; ona wytyczyła mu cele, które powinien osiągnąć, i zarazem wskazała mu drogę i środki pozwalające zorganizować siły ludu.
Zgodnie z tym ideałem lud pragnie przede wszystkim położyć kres niedostatkowi i nędzy, całkowicie zaspokoić wszystkie swe potrzeby materialne za pomocą kolektywnej pracy, pracy w równej mierze obowiązkowej dla wszystkich. Następnie - obalić wszystkich władców i wszelkie panowanie i stworzyć ustrój, w którym rozwijałoby się wolne życie, odpowiadające potrzebom ludowym, organizowane nie od góry do dołu, jak to dzieje się w państwie, lecz od dołu do góry, przez sam lud, wbrew wszelkim rządom i parlamentom, jako wolny związek rolnych i fabrycznych stowarzyszeń robotniczych, gmin, prowincji i narodów. I wreszcie w dalszej przyszłości ideał ten ukazuje wizję ogólnoludzkiego braterstwa, które zatryumfuje na ruinach wszystkich państw.

 

Proletariat a państwo współczesne | Nieuchronność Rewolucji Socjalnej | Pangermanizm a panslawizm | Słowianie a organizacja państwowa | Dążenie do hegemoni mocarstw europejskich | Państwo rosyjskie a wyzwolenie Słowian | Ustanowienie imperium pangermańskiego | Niemiecki liberalizm | Metafizyka a rewolucja



[strona główna] [biografia] [pisma] [opracowania] [ikonografia] [bibliografia] [odnośniki] [redakcja]
Strony Internetowe Trojka Design  © 2001-2013 rozbrat.org