Michał Bakunin

List adresowany do Hercena i Ogariowa

Nota redakcyjna
Bakunin pisze w liście o wyprawie Teofila Łapińskiego (zob. T. Łapiński: Powstańcy na morzu w wyprawie na Litwą. Z pamiętników płk. T. Łapińskiego, Lwów 1878).
23 marca 1863 roku odpłynął z Anglii statek "Ward Jackson", wioząc około 200 osób oraz dość pokaźną ilość broni (600 beczek prochu, 1 200 karabinów itp.). Dowódcą wojskowym grupy ochotników był T. Łapiński, komisarzem rządu powstańczego - J. Demontowicz. Decyzję wysłania ekspedycji podjął Komitet Paryski po porozumieniu się z warszawskim rządem rewolucyjnym. 2 kwietnia statek przybył do Kopenhagi, gdzie do ekspedycji przyłączył się Bakunin. Organizacja wyprawy była nieudolna, a zasady konspiracji - trudne do przestrzegania. Poselstwo rosyjskie w Anglii dowiedziało się o organizacji wyprawy, zanim jeszcze jej uczestnicy zdążyli wejść na statek. Toteż w ślad za "Ward Jackson" popłynął rosyjski okręt wojskowy "Almaz". Agent firmy, do której należał statek, w obawie przed jego utratą, skierował go do Malmo, gdzie na żądanie władz szwedzkich powstańcy musieli statek opuścić. Starania Bakunina u rządu szwedzkiego nie odniosły skutku, broń została skonfiskowana, statek zaś zwrócony firmie angielskiej. Łapiński podjął jeszcze jedną próbę doprowadzenia wyprawy do końca. 4 czerwca wraz z 80-osobową grupą odpłynął z Malmo na statku "Fulton". W nocy ochotnicy wraz z bronią zakupioną w Kopenhadze przesiedli się na łódź "Emilia". Próba desantu zakończyła się jednak tragicznie: łódź zatonęła i 24 osoby poniosły śmierć. Pozostałych odesłano do Anglii. Udział w wyprawie sprawił Bakuninowi wiele kłopotów, powodując oskarżenia ze strony polskiej, iż to on swoim opóźnionym przybyciem do Kopenhagi przyczynił się do niepowodzenia wyprawy. Sprawa stała się również powodem zaostrzenia stosunków między Hercenem a Bakuninem. Bakunin dowiedział się o wyprawie dopiero w czasie swego pobytu w Szwecji, Hercen zaś wiedział o niej znacznie wcześniej, ale Bakunina nie wtajemniczał, nie dowierzając jego umiejętnościom konspiracyjnym. 8.X.1863 r. Bakunin opuścił Szwecję, udając się do Londynu.

Tekst za Michał Bakunin "Pisma Wybrane" t. 2, s. 380 - 387. Przełożył Bolesław Wścieklica. Publikacja w wersji elektronicznej: Anarchistyczne Archiwa 2006.

Halsingborg, 31 marca r.1863

Przyjaciele!

Depesze nasze już Wam doniosły o smutnym niepowodzeniu ekspedycji świetnie pomyślanej, ale nieprawdopodobnie źle wykonanej, a przede wszystkim późno wyprawionej w drogę. Powodzenie jej zależało tylko od dwóch warunków: szybkości i tajności. Tymczasem zwlekano w sposób niedopuszczalny do 21-go, a wezwawszy emigrantów polskich z Paryża do Londynu 14-go, nawet przed wynajęciem parostatku, uczyniono z niej publiczną tajemnicę. Wreszcie zasadniczym warunkiem był wybór dobrego i śmiałego kapitana, od zdecydowania jego zależało bowiem powodzenie całego przedsięwzięcia. Tymczasem wybrano powszechnie znanego tchórza i nicponia, grzebiąc w ten sposób wszystkie szansę powodzenia wyprawy. Co gorsza wybrawszy nieodpowiedniego człowieka, obdarzono go ślepym zaufaniem do tego stopnia, że nie uważano za potrzebne dać Demontowiczowi (1) kopii umowy i wykazu ładunku, tj. broni i amunicji wysłanej parostatkiem.

Uprzedzono mnie za późno, dostałem bowiem depeszę Carda (2) 22-go o trzeciej po południu - a ponieważ nie ma innej drogi ze Sztokholmu do Halsingborga jak przez Goteborg, między zaś Sztokholmem a Goteborgiem chodzi tylko jeden ranny pociąg, mogłem wyjechać dopiero na drugi dzień, tj. 23-go o godzinie 8 rano. Do Goteborga przybyłem tego samego dnia wieczorem o godzinie 9-ej i nie miałem innych połączeń z Halsingborgiem oprócz dyliżansu następnego dnia wieczorem, który przyjeżdża tam 26-go wieczorem, czyli na trzeci dzień, albo parostatku przybywającego tam tegoż dnia o kilka godzin wcześniej. Musiałem więc czekać na parostatek, a tymczasem na wszelki wypadek depeszowałem do Halsingborga, że przyjadę 26-go; gdybym tego nie zrobił, to nie zobaczyłbym ekspedycji. Przybyła ona do Halsingborga 25-go wieczorem i czekając na mnie straciła prawie cały dzień, a potem została zatrzymana z powodu burzy i zdrady kapitana. Wybór Halsingborga na miejsce spotkania ze mną był nad wyraz nieszczęśliwy. Cały Sund roi się od Rosjan i innych szpiegów płatnych i niepłatnych. Toteż było rzeczą konieczną przejść przez Sund prędko, nigdzie się nie zatrzymując. Halsingborg widoczny jest z Helsingoru, a Helsingor to od dawien dawna szpiegowskie gniazdo, ściśle biorąc rosyjskie gniazdo szpiegowskie. Trzeba było mi wyznaczyć rendez-vous albo w Goteborgu, dokąd mogłem przyjechać każdego dnia, albo lepiej jeszcze na południowym brzegu wyspy Gotland w jakiejś wiosce, w której mógł wylądować wysłannik Demontowicza i Łapińskiego i w pobliżu której statek nasz mógłby krążyć po morzu, nie wzbudzając podejrzenia. Ekspedycja czekała na mnie dobę i pozostała jeszcze dwie doby, zatrzymana przez burzę, a bardziej jeszcze z powodu złych zamiarów kapitana. Do Hailsingborga, jak wszyscy świadczą, zachowywał się on jak należy, wyrażał przy tym, podobnie jak i cała załoga, wiele sympatii dla celu ekspedycji. W Halsingborgu raptem zmienił się. Tutaj po raz pierwszy oświadczył, że naraża się na wielkie niebezpieczeństwo ze strony rosyjskich krążowników, z którymi może się spotkać, bo nie chcąc opóźniać ekspedycji jeszcze o kilka dni, nie wziął wymaganych dokumentów ani na ładunek, ani na dowództwo. Przedtem nikomu o tym nie mówił, ale przypomniał sobie o tym dopiero w Halsingborgu - z początku mówiąc tylko o karze w wysokości 500 funtów sterlingów, na którą może się narazić skutkiem takiego niedbalstwa - ale kiedy mu odpowiedziano, że Polacy zwrócą mu ten koszt, jeżeli ekspedycja się uda, wtedy dopiero zaczął mówić o szubienicy i o Syberii; pod różnymi pozorami zatrzymał nas przy tym w Halsingborgu 26-go i 27-go i dopiero 28-go o pierwszej po południu zdołaliśmy skłonić go do zabrania nas na statek. Tymczasem zdążył porozumieć się z właścicielem hotelu, w którym zatrzymaliśmy się, a przez niego z konsulem rosyjskim, kompanem i przyjacielem właściciela hotelu - i dowiedzieliśmy się przez kelnera, że właściciel hotelu i konsul wspólnie telegrafowali o czymś do poselstwa rosyjskiego w Sztokholmie. Nie mam żadnych wątpliwości, że zostaliśmy zatrzymani w Halsingborgu na polecenie władz rosyjskich, które z pewnością zużyły ten czas na zgotowanie nam spotkania. Skoro tylko wsiedliśmy na statek, dowiedzieliśmy się, że kapitan zabrał swych marynarzy i wygłosił do nich przemówienie, w którym opisał niebezpieczeństwa, na jakie się narażają, jeśli wypłyną z nami na Bałtyk. Naradziliśmy się między sobą, niepokoiła nas bowiem coraz bardziej jawna niegodziwość kapitana, który, gdy mówiliśmy z nim zarzucając mu dwulicowość, odpowiedział nam ze łzami w oczach, zapewniając o swej wierności dla sprawy. Z drugiej strony, musieliśmy się dobrze zastanowić biorąc pod uwagę ostatnią depeszę otrzymaną od Was w Halsingborgu, w której donosiliście nam o przygotowaniach robionych na Litwie przez rząd. Wobec tego postanowiliśmy namówić kapitana, aby zawiózł nas na Gotland. W razie opuszczenia Sundu mieliśmy zamiar mówić z kapitanem z rewolwerem w ręku i oświadczyć mu, że w imię własnego ocalenia musi wypełnić swe zobowiązanie. Gdy przybyliśmy do Gotlandu, chcieliśmy wysłać na rekonesans dwie łódki rybackie z naszymi ludźmi, jedną na brzeg rosyjski, między Połągą a Libawą, drugą - na pruski brzeg, między Połągą a Kłajpedą, wejść w styczność z naszymi przyjaciółmi, którzy bez wątpienia nas oczekiwali, i przy ich pomocy za wszelką cenę wykonać to, co było zamierzone i od powodzenia czego tak wiele zależało. Czy kapitan domyślił się tego, czy też stosował się do planu z góry z agentami rosyjskimi jeszcze w Anglii obmyślonego, dość że zamiast do Gotlandu przybył do portu w Kopenhadze pod pretekstem zaopatrzenia statku w słodką wodę, której rzekomo nie zdążył wziąć ze sobą w ciągu czterodniowego postoju w Halsingborgu i na co, zgodnie z własnymi jego słowami, trzeba było nie więcej niż dwóch godzin. Sam udał się do miasta. Czekaliśmy na niego cały dzień i całą noc. Na drugi dzień, 29-go, w niedzielę, na prośbę przyjaciół ja sam udałem się do Kopenhagi, byłem u znajomego redaktora "Vaterland et Ploug" i za jego radą u posła angielskiego Sir Pageta, prawdziwego gentlemana, który przyjął mnie z najgorętszą sympatią i natychmiast poruszył wszelkie oficjalne sprężyny, jedyne jakimi mógł się posłużyć w celu okazania nam pomocy. Jeszcze w przeddzień widział on naszego nikczemnego kapitana, który starał się oczernić nas w jego oczach. Kapitan zapewniał posła, że jesteśmy barbarzyńcy, zbóje, którzy brutalnością i gwałtem wywołali szlachetne oburzenie u brytyjskich marynarzy, wobec czego marynarze zbuntowali się przeciwko niemu samemu i stanowczo nie zgadzają się płynąć dalej i teraz on, kapitan, mimo najlepszych chęci nie jest w stanie wykonać warunków umowy. Wszystkie te usiłowania łajdaka chybiły jednak celu. Sir Paget nie uwierzył mu ani słowa. Cała różnica między naszymi zapatrywaniami na sprawę na tym polegała, iż Sir Paget nie mógł zgodzić się z naszym przekonaniem, że kapitan działał w porozumieniu z agentami rosyjskimi i że postąpił zdradziecko - przypisywał zaś wszystkie niewybaczalne jego postępki podłemu tchórzostwu. Trzeba, żebyście wiedzieli, że w Kopenhadze istnieje dom Hansen et C°, pełniący obowiązki agentury tej samej kompanii angielskiej, która zawarła umową z Ćwierczakiewiczem, i że agentura ta - jak mi oświadczył zdziwiony Sir Paget - jest jednocześnie agenturą rosyjskiej floty wojennej w zakresie dostaw wągla itd., i że ona właśnie teraz przygotowywała węgiel dla oczekiwanego następnego dnia rosyjskiego okrętu wojennego. Do tej agentury Sir Paget wybrał się osobiście. O kontynuowaniu ekspedycji nie można było nawet myśleć. Marynarze z namowy kapitana wszyscy porzucili nasz statek, tak że zostaliśmy z dwoma tylko: starszym maszynistą, uczciwym młodym człowiekiem, który z oburzeniem i szlachetnym wstydem patrzał na postępowanie angielskiego kapitana, i z duńskim pilotem. Pozostało nam tylko jedno wyjście - jak najprędzej opuścić Kopenhagę i udać się do najbliższego portu szwedzkiego. Rząd duński, wskutek głupiej noty Rossela w kwestii szlezwicko-holsztyńskiej widząc prawie wszystkich przeciwko sobie, oddał się częściowo pod ochronę gabinetu petersburskiego, który wobec tego cieszy się tam o wiele większym wpływem niż tutaj, gdzie wszyscy - zarówno rząd jak i naród - tak samo namiętnie go nienawidzą. Nie ulega wątpliwości, że gdybyśmy pozostali choćby jeden dzień w Kopenhadze, na żądanie poselstwa rosyjskiego na nas wszystkich - na ludzi i na broń - zostałby nałożony sekwestr. Ludzie zostaliby w najlepszym razie odesłani z powrotem, a cały ładunek bezpowrotnie utracony. My sami wiedzieliśmy zatem, że nie pozostawało nam nic innego do roboty jak płynąć do Malmo, tj. do najbliższego portu szwedzkiego w odległości dwóch godzin podróży od Kopenhagi. Jednakże, aby nie dać kompanii podstawy do twierdzenia, że zostaliśmy przerzuceni do Malmo na własne żądanie i że formalnie umowa została wykonana, żądaliśmy, aby statek popłynął do wyspy Gotland. Kapitan odmówił kategorycznie - bojąc się krążowników rosyjskich, naszych rewolwerów i naszej poważnej groźby, że jeżeli naprowadzi nas na krążownik rosyjski, to z początku spróbujemy walki wręcz, a w razie przegranej wysadzimy się wraz z nim w powietrze - nie zgodził się nawet odstawić nas ze swymi marynarzami do Malmo, tak że agenci kompanii zmuszeni byli zaangażować duńskiego kapitana i duńskich marynarzy, przy których pomocy 30 marca o godzinie 5-ej wieczorem biedny nasz statek, porzucony przez wszystkich Anglików, wpłynął do portu w Malmo. Agenci kompanii długo trzymali nas w Kopenhadze w nadziei wyrwania od nas pokwitowania. Tutaj poczuliśmy owoce praktycznego umysłu Ćwierczakiewicza, który zapomniał czy też nie chciał, jak mówią, dać Demontowiczowi kopii umowy ani nawet rejestru ładunku, by mógł wykazać, się prawem własności. Tak, nasz Ćwierczakiewicz wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, daj Boże, żeby łatwo było mu się z tego wytłumaczyć. Może potrafi usprawiedliwić się i wytłumaczyć ze wszystkiego - może winni są inni - ale wobec groźnych wydarzeń współczesnych, decydujących o losach Polski, z czystym sumieniem powiedzieć trzeba, że ekspedycja zorganizowana została ze zbrodniczą lekkomyślnością i niedbalstwem.

Powiem teraz słów kilka o sobie i o składzie osobowym naszej nieudanej ekspedycji. W Halsingborg, przed samym odjazdem, napisałem do Was smutny list, w którym, myśląc, że mówię z Wami może po raz ostatni, skarżyłem się Wam na Was samych w dość otwartych i, być może, w dość ostrych słowach i który - mam nadzieję - nie obraził Was i nie wywołał w Was wątpliwości co do mego gorącego przywiązania do Was; jesteście bowiem zbyt poważni i sprawiedliwi, żeby nie zrozumieć, że mam słuszność. Postąpiliście ze mną jak z dzieckiem, uprzedziwszy mnie w ostatniej dopiero chwili - i jak sami widzicie, zbyt późno - krótką depeszą, że mam się udać tam a tam. Tymczasem ekspedycja przygotowywana była od miesiąca z górą i mieliście dość czasu, żeby szczegółowo i jasno powiadomić mnie o wszystkim, a nie robiąc tego, przynieśliście dużą szkodę samej ekspedycji. Gdybym został na czas uprzedzony, mógłbym właśnie w Szwecji przynieść jej niewątpliwy i ogromny pożytek. Żądałem tych szczegółów od Ćwierczakiewicza, ale on, idąc za Waszą radą czy też kierując się własnymi racjami, nie raczył spełnić mej prośby, myśląc zapewne, że wystarczy jedno jego skinienie, ażeby ruszyć mnie z miejsca, dokąd zechce; pod tym względem straszliwie się pomylił - dobrze zrobiliście, że jego depeszę poprzedziliście depeszą juniora, bo depesza Ćwierczakiewicza nie ruszyłaby mnie z miejsca. Wiedzieliście, że Wasz zew wystarczy, żebym rzucił się na ślepo naprzód - wiedzieliście to i nie pomyliliście się, bo wiara moja w Wasze słowo jest rzeczywiście nieomal bezgraniczna. Ale to nic, nawet tak silnej wiary nie należy nadużywać. Przypomnijcie sobie, że nie jestem dzieckiem, że niedługo skończę 50 lat i że mi nie wypada i wreszcie nie mogę być u Was chłopcem na posyłki - że odtąd nie mogę i nie będę brać udziału w żadnej robocie, której istota ze wszystkimi szczegółami nie będzie mi znana.

Wziąłbym udział w tej ekspedycji nawet i wówczas, gdybym wiedział, jak mało miała szans powodzenia, i pomimo że żona moja przyjechała do Londynu. Wziąłbym w niej udział, gdyż całą swą istotą zdawałem sobie sprawę, czułem i rozumiałem, że moim obowiązkiem jest wyjechać za wszelką cenę do Polski - z tych samych powodów, dla których i teraz ciągnie mnie tam - ale ponadto byłem przekonany, że sprawa, w której Wy, moi mądrzy, ostrożni i wieczni krytycy, wzięliście tak czynny i żywy udział, nie mogła być inaczej przedsięwzięta i wykonana jak z zachowaniem najściślejszej tajemnicy i warunków niezbędnych dla powodzenia całej sprawy. Pomyliłem się. Była ona kierowana i zorganizowana rękoma leniwego dziecka. No, ale dość o tym. Przejdziemy do naszych biednych argonautów. Wiecie, że znalazłem w Halsingborg tylko Łapińskiego, Leona Mazurkiewicza, Bobczyńskiego, naszego dobrego i rzetelnego, ale jeszcze zupełne niewiniątko - Reinhardta, i całkiem niewinnego Żydka Tugenbolda (3). Łapiński z początku bardzo i pod każdym względem spodobał mi się, czemu dałem wyraz w kilku listach. Byłem rad znaleźć w dowódcy wojskowym, od którego osobistych cech tak wiele zależało...

9 kwietnia

Tak, Przyjaciele, wina jest po mojej stronie. Macie słuszność; wyszedłem wobec Was na zupełnego durnia. Wyrażenie, którego użyłem w ostatnim moim liście i które Was dotknęło, jest oczywiście niewłaściwe. Wysławszy list przypomniałem sobie o nim, poczułem wyrzuty sumienia, chciałem go wstrzymać, ale było już za późno. Wyraziłem się niewłaściwie, jak gdybym w sposób nieszlachetny i niesłuszny czynił wyrzuty, a przecież nie miałem zamiaru wystąpić z takim wyrzutem. Myśl taka nie przychodziła mi i nie mogła przyjść do głowy, wiem, że Wy byście bez wahania poświęcili głowę sprawie, której poświęciliście całe życie. Nie mierzcie mojej wiary w Was tą, którą Wy macie we mnie. Wy się jeszcze wahacie, a ja nie. Ilekroć spierałbym się z Wami i występował przeciwko, wiedzcie, że obaj jesteście moją ostateczną radą i twierdzą moją i że kiedy jesteście ze mnie zadowoleni, to i ja jestem sam ze siebie zadowolony i nic na świecie nie może pozbawić mnie spokoju. Mówiąc, żeście tylko dobrze życzyli sprawie, której ja oddaję głowę, myślałem tylko o tej specjalnej, raczej polskiej niż rosyjskiej sprawie, a nie o tej wielkiej sprawie rosyjskiej, o którą Wy walczycie. Uwierzcie temu, Przyjaciele, bo to prawda. Zresztą byłem rozdrażniony nie otrzymawszy od żony ani słowa, było mi smutno i ciężko, wstałem z łóżka i napisałem głupio - wybaczcie. Poza tym nie mogłem się z tym pogodzić, że jak się wydawało, nie dowierzacie mi - i w tym liście, zaczętym już dawno w Halsingborg, skarżę się Wam na Was samych i w nim znajdziecie wyrażenia, które nie będą się Wam podobały, ale ja nie chcę przepisywać i przerabiać listu. Teraz widzę, że absolutnie nie jesteście winni. Winien jest Ćwierczakiewicz. Tylko dlaczego nie zawiadomiliście mnie o przyjeździe żony? No, dzięki Bogu, jest teraz ze mną i jestem zupełnie szczęśliwy. Ona jest zuch. Co się tyczy tajemnicy, to drogiemu memu Hercenowi powiem w sekrecie, na podstawie długotrwałego doświadczenia, że lepiej ona dochowuje tajemnicy niż ja. Powracam do opowieści. Gdy wszedłem na statek, przekonałem się z całą pewnością, że w całej ekspedycji mam jednego tylko sojusznika w osobie Waszego serdecznego przyjaciela, szlachetnego, ale niestety złamanego nieszczęściem i dolegliwościami Demontowicza. Łapiński to dzielny, zręczny, zmyślny kondotier, ale bez sumienia albo przynajmniej z elastycznym sumieniem, patriota w tym sensie, że żywi bezlitosną i niezwalczoną nienawiść do Rosjan, jako wojskowy zaś zawodowo nienawidzi każdego, nawet swojego własnego narodu i pogardza nim. Przyjrzawszy się bliżej jego charakterowi i zrozumiawszy go lepiej dzięki Demontowiczowi, przyznaję się, że się mocno zamyśliłem nad powodzeniem naszego rosyjskiego przedsięwzięcia w środowisku polskim. Aby się udało, trzeba było mieć wielką sympatię i wiarę w nie ze strony Polaków - ale ani jednej, ani drugiej, oprócz Demontowicza, nikt nie żywił. Łapiński powiedział mi dużo pięknych słówek, ale ja tym jego słowom nie wierzyłem. W stosunku do Demontowicza żywi on uczucie zazdrości i zdecydowanej niechęci, nie miałem też wątpliwości, że skorzysta z pierwszej lepszej sposobności, pierwszego lepszego powodzenia, żeby go zniszczyć. Demontowicz do tego stopnia nie wierzył mu, że nawet wystrzegał się (jak sam przyznawał) brać z jego rąk jedzenie w obawie otrucia. Ładna ekspedycja, gdzie dwaj główni przywódcy, od których zgodności postępowania zależy powodzenie, są w takich stosunkach! W dodatku choroba złamała Demontowicza do tego stopnia, że ledwo mógł się poruszać i wymówić słowo. Na kimże się miałem oprzeć? Na plotkarzu i intrygancie, Leonie Mazurkiewiczu, czy na plotkującej "babie" - Bobczyńskim? Obaj schlebiali mi w oczy, ale jak się później dowiedziałem, pomstowali na mnie za plecami. Wreszcie Żydek Tugenbold z początku bardzo mi się spodobał, ale potem okazał się dme damnee de Łapiński i jego szpiegiem w stosunku do wszystkich razem i każdego z osobna. Zuchami byli tylko młodzieńcy polscy, wesoło idący na śmierć i bez frazesów oddani sprawie. Razem z nimi nawet umrzeć nie byłoby nudno. Położenie naszego Reinhardta było też nielekkie i niezręczne. Wszyscy nazywali go Moskalem i zapytywali, co on robi pośród Polaków. Ani Demontowicz, ani Łapiński nie zadali sobie trudu wytłumaczyć Polakom, po co on pojechał. A moim zdaniem było to konieczne. Słowem, ukrytych nieporozumień i niezadowoleń znalazłem pełno i myślałem, że trzeba będzie czekać na szczęśliwą gwiazdę, żeby nasza ekspedycja pomyślnie się skończyła. Jawna i systematycznie obmyślana zdrada kapitana ostatecznie położyła jej kres.

Po długich rokowaniach agenci kompanii zdecydowali się dać nam duńskiego kapitana i duńskich marynarzy, aby doprowadzić nieszczęsny, porzucony przez Anglików statek nasz do Malmo i tylko tam; o Gotlandzie nie chcieli słyszeć i zarówno kapitan, jak i marynarze zgodzili się *...

[* Końca listu nie mamy. O ekspedycji tej, zorganizowanej pod kierunkiem wielce niepewnych osób, informują też Dzieła pośmiertne Hercena. Dalej przytaczamy zaświadczenie wydane Baikuninowi przez dwóch przywódców wyprawy. - Red. oryginału.]

[ZAŚWIADCZENIE]
Po przeczytaniu oskarżenia sformułowanego przez p. Ćwierczakiewicza przeciwko p. Bakuninowi, jakoby miał on przyczynić się do niepomyślnego zakończenia naszej ekspedycji, czy to przez to, że sprowadził p. Kalinkę do Halsingborgu, czy też niezgodnymi ze sobą i niebezpiecznymi radami, których, nie proszony o nie, udzielał, uważamy za swój obowiązek stwierdzić:

1. Że przybycie p. Kalinki, wezwanego przez p. Bakunina do Halsingborgu w tym celu, żeby Litwa mogła skorzystać z pomocy, która miała przyjść do nas ze Szwecji - chociaż tej pomocy nie pragnęliśmy - nie mogło mieć żadnego wpływu na powodzenie albo niepowodzenie ekspedycji.

2. Że p. Bakunin nigdy nie brał udziału w naszych naradach, ponieważ go nie zapraszaliśmy, rady zaś jego dalekie były od tego, by nam szkodzić, wręcz przeciwnie, miały na celu powodzenie naszego przedsięwzięcia.

3. Że myśl zatrzymania się około wyspy Gotland po to, aby nabyć tam łodzie, niezbędne dla naszego szybkiego lądowania, powstała na długo przed przybyciem do Halsingborgu jedynie na wiadomość o odmarznięciu portu w Tallinie, odmarznięciu, które otworzyło morze dla krążowników i tym sposobem sprawiło, że ekspedycja nasza stała się nieskończenie bardziej niebezpieczna i trudna.

4. Że niepowodzenie naszej ekspedycji przypisać należy tylko opóźnieniu wyjazdu naszego z Anglii i hałasowi, który jej towarzyszył - opóźnieniu i hałasowi, które dały Rosji możność przygotowania się do przyjęcia nas, a zwłaszcza nieszczęśliwemu wyborowi kapitana, który zdradził nas świadomie, może nawet w porozumieniu z kompanią, która go wyznaczyła.

Z czystym sercem wydajemy p. Bakuninowi to zaświadczenie, biorąc od niego w zamian obietnicę, że będzie się nim posługiwał z należytą ostrożnością, że okaże je tylko pp. Ćwierczakiewiczowi, Hercenowi, Ogariowowi i Mazziniemu, jak również delegatom Tymczasowego Rządu Polskiego i że je opublikuje tylko w razie ostatecznej konieczności, tj. gdy on sam spotka się z poważnymi napaściami w prasie.

Sztokholm, 20 kwietnia r. 1863
Józef Demontowicz
pułkownik F. Łapiński

Przypisy

1) Demontowicz Józef Błażej (1823-1876), działacz powstańczy, komisarz Rządu Narodowego 1863 roku w Szwecji. W 1863 r. był organizatorem wyprawy zbrojnej z Anglii do Polski. Po upadku powstania styczniowego osiadł w Sztokholmie.

2) Joseph Card - pseud. Józefa Ćwierczakiewicza (1822-1869), dziennikarza, agenta Centralnego Komitetu Narodowego w Anglii w latach 1862-1863. Po upadku powstania styczniowego przeniósł się do Genewy, brał udział w pracach Ligi Pokoju i Wolności.

3) Reinhardt - rosyjski uczestnik wyprawy, oficer, ewentualny dowódca rosyjskiego legionu w Polsce. Tugenbold - pseudonim: Stefan Poles, uczestnik wyprawy, oskarżony o współpracę z III Wydziałem policji carskiej, napisał w celu samoobrony broszurze o ekspedycji: Polska ekspedycja i Stefan Poles (w jęz. szwedzkim).



[strona główna] [biografia] [pisma] [opracowania] [ikonografia] [bibliografia] [odnośniki] [redakcja]
Strony Internetowe Trojka Design  © 2001-2013 rozbrat.org