Michał Bakunin

List adresowany do Aleksandra Hercena i Mikołaja Ogariowa

Nota redakcyjna
Bakunin omawia w liście swoją działalność we Włoszech oraz podejmuje polemikę z poglądami Hercena i Ogariowa.

Tekst za Michał Bakunin "Pisma Wybrane" t. 2, s. 419 - 440. Przekład Bolesław Wścieklica. Publikacja w wersji elektronicznej: Anarchistyczne Archiwa 2006.


19 lipca roku 1866 Ischia

Drodzy Przyjaciele!

Korzystam z wyjazdu księżnej Oboleńskiej, mojej i Waszej przyjaciółki, aby pomówić z Wami szczegółowo i otwarcie. Przede wszystkim chcę Was z nią zapoznać. Należy ona do tych rzadkich kobiet w Rosji, które nie tylko sercem i myślą, ale także i wolą, a kiedy trzeba, to również i czynem, są po naszej stronie. Czyż nie prawda, że taka rekomendacja jest wystarczająca, niczego więc do niej nie dodam, tym bardziej że sami księżnę teraz poznacie i z pewnością polubicie. Jedzie ona do Genewy spotkać się ze starym ojcem, hrabią Sumarokowem, byłym dowódcą artylerii, generałem-adiutantem itd., i z mężem, obecnie cywilnym gubernatorem Moskwy. Ojciec, sługa Mikołaja, a równocześnie umiarkowany liberał, frankmason, trochę spirytysta, należy do partii Konstantego. Książę Oboleński, fanatyk, a jak mówią - uczciwy fanatyk ruchu nowoprawosławnego, demokratycznie państwowego i polakożerczego, modli się do Boga i Świętych Pańskich, całuje ręce popom i ubóstwia cara. Księżna jest z nim na bakier; on jedzie do niej, aby - powołując się na autorytet cara i całego moskiewskiego towarzystwa - ją i dzieci ściągnąć z powrotem w cuchnącą błotem przepaść moskiewską; ona jedzie na to spotkanie z mocnym postanowieniem wykręcenia się z tych tarapatów i ocalenia siebie i dzieci od tej otchłani. Oczekuje ją w Genewie trudna walka; obiecałem jej, że znajdzie w Was przyjaciół, pocieszycieli i dobrych doradców. Rozumie się, że nie będziecie mogli chodzić do niej, skompromitowałoby to ją bowiem w oczach męża, a nawet ojca i samego rządu. Ale ona będzie przyjeżdżała do Was. Urządźcie to tylko tak, żeby nikogo u Was nie spotykała oprócz Was samych, Waszych pań, jeżeli będą w Genewie, i wypróbowanych w milczeniu przyjaciół Waszych, Tchórzewskiego i Czernieckiego. Niech Bóg zachowa ją od księcia Dołgorukowa, od wielbiciela dawnej Rosji, Kasatkina, i całej młodej Rosji (1). Zresztą jesteście ludzie subtelni i w ostrożności zaprawieni. Nie ma więc Was co uczyć, wszystko urządzicie jak najlepiej, a mnie za tę znajomość będziecie wdzięczni, bo znajdziecie w niej wiernego przyjaciela i dobrą Rosjankę. Interesowałaby ją znajomość z Karolem Vogtem, dlatego też dałem jej kilka słów do niego, ale Hercen może przecież najlepiej urządzić jej spotkanie z nim u siebie. Może pokaże jej także racjonalistycznego mistagoga i fanatycznie nie pojmującego socjalizmu Edgara Quineta. Tak więc oddaję ją Wam całkowicie pod opiekę. Ożywi ona handel Tchórzewskiego, bo o ile wiem, chce kupić kompletny zbiór wydawnictw Waszej drukarni.

A teraz wróćmy do naszych spraw. Stawialiście mi zarzut bezczynności wówczas, gdy ja byłem bardziej czynny niż kiedykolwiek. Mówię o ostatnich trzech latach. Jedynym przedmiotem mojej działalności było założenie i zorganizowanie tajnego międzynarodowego stowarzyszenia rewolucyjno-socjalistycznego. Wiedząc z góry, że Wy, zgodnie z Waszym temperamentem i w związku z obecnym kierunkiem obecnej Waszej działalności, przystąpić do niego nie możecie, z drugiej strony wierząc niezachwianie w moc i szlachetność Waszych charakterów, przysyłam Wam w osobnej zapieczętowanej paczce, którą Wam przekaże księżna, wyczerpujący program: wykład zasad oraz opis organizacji stowarzyszenia (2). Nie zwracajcie uwagi na literacką niedokładność tej pracy, ale skoncentrujcie się na istocie sprawy. Znajdziecie tam dużo zbędnych szczegółów, ale pamiętajcie, że pisałem w otoczeniu Włochów, którym idee społeczne były, niestety, najzupełniej nie znane. Szczególnie ostrą walkę musiałem stoczyć z tak zwanymi uczuciami i ideami narodowymi, z ohydną burżuazyjną retoryką patriotyczną, gwałtownie rozdętą przez Mazziniego i Garibaldiego. Po trzyletniej trudnej pracy doszedłem do pozytywnych wyników. Mamy przyjaciół w Szwecji, Norwegii, Danii, Anglii, Belgii, Francji, Hiszpanii i we Włoszech; należą do nich Polacy, a nawet kilku Rosjan. We Włoszech południowych część mazzinowskich organizacji, Falanga Sacra, przeszła w nasze ręce. Załączam tu zwięzły program naszej włoskiej organizacji ogólnokrajowej. W manifeście do swych przyjaciół w Neapolu i na Sycylii Mazzini wystąpił z formalną denuncjacją pod moim adresem, nazywał mnie zresztą przy tym il mio illustre amico Michele Bakunin. Denuncjacja ta była dla mnie dość kłopotliwa, bo w falangach Mazziniego, zwłaszcza na Sycylii, pełno jest agentów rządu, wobec czego mogła mnie ona poważnie skompromitować. Na szczęście rząd tutaj jeszcze nie rozumie, co to jest ruch społeczny, toteż się go nie obawia i dowodzi tym swej niemałej głupoty, bo po zupełnej katastrofie wszystkich innych partii, idei i motywów, we Włoszech pozostała na placu tylko jedna żywa siła: rewolucja społeczna. Cały lud, osobliwie we Włoszech południowych, masami przechodzi do nas i ubóstwo nasze wynika nie z braku materiału, lecz z braku ludzi wykształconych, szczerych i zdolnych nadać formę temu materiałowi. Pracy dużo, przeszkód bez liku, brak środków pieniężnych okrutny - ale mimo wszystko, pomimo nawet silnej dywersji wojskowej, bynajmniej nie tracimy nadziei, nie tracimy cierpliwości, cierpliwości zaś trzeba dużo, i chociaż powoli, ale naprawdę z każdym dniem posuwamy się naprzód. Tego wystarczy, aby wyjaśnić Warn, czym się zajmowałem w ciągu trzech lat. Zgadzając się z Wami, że dla powodzenia sprawy trzeba ją odgrodzić od wszystkiego, co się z nią nie wiąże, i oddać się jej całkowicie, zajmowałem się tylko nią i usuwałem się od wszystkiego poza tym. Tym sposobem rozszedłem się z Wami - może nie pod względem celu, ale pod względem metody, a Wy wiecie, że la forme en-traine toujours le fond avec elle... Nie rozumiem drogi, którą obraliście obecnie, polemizować z Wami nie chciałem, a zgodzić się nie mogłem. Po prostu nie rozumiem Waszych listów do cesarza, ani celu w nich nie widzę, ani korzyści - wprost przeciwnie, są one szkodliwe, ponieważ w niedoświadczonych umysłach mogą zrodzić myśl, że od państwa w ogóle, a w szczególności od wszechrosyjskiej państwowości i od reprezentującego ją rządu można jeszcze oczekiwać czegoś dobrego dla ludu. Moim zdaniem, na odwrót, popełniając obrzydliwości, gałgaństwa, zło, robią, co do nich należy. Nauczyliście się od angielskich wigów lekceważyć logikę, a ja ją szanuję - pozwolę sobie przypomnieć Warn, że idzie tu nie o nieuzasadnioną logikę jednostki, ale o logikę faktów, samej rzeczywistości. Twierdzicie, że rząd, taki jaki był, mógł zrobić cuda "na plus i na minus" ("Kołokoł" z 15 grudnia r. 1865, str. 1718), a ja jestem przekonany, że jest silny tylko w sferze "minusowej", a żaden "plus" cechować go nie może. Zarzucacie swym byłym przyjaciołom, a obecnie patriotom-państwowcom, że stali się donosicielami i katami. Mnie zaś, wprost przeciwnie, wydaje się, że kto chce nienaruszalności imperium, powinien śmiało stanąć po stronie Murawjowa, który dla mnie jest dzielnym przedstawicielem wszechrosyjskiej państwowości, Saint-Justem i Robespierre'em, i że chcieć utrzymać ją w całości i nie chcieć systemu Murawjowa - to niewybaczalna słabość. Dekabryści obu odcieni mieli więcej logiki i zdecydowania: Jakuszyn chciał zarżnąć Aleksandra I tylko za to, że ten śmiał pomyśleć o ponownym połączeniu Litwy z Polską. Pestel zaś śmiało głosił zburzenie imperium, wolną federację ludów i rewolucję społeczną.

Był odważniejszy od Was, bo nie zląkł się wściekłych krzyków przyjaciół i towarzyszy spiskowych, szlachetnych, ale ślepych uczestników północnej organizacji dekabrystów. Wy zaś przestraszyliście się i ustąpiliście przed sprzedajnym wyciem moskiewskich i petersburskich dziennikarzy, popieranych przez plugawą masę plantatorów i moralnie zbankrutowaną większość uczniów Bielińsikiego i Granowskiego, Twoich uczniów, Hercenie, przez większość starej humanitarnie estetyzującej braci, której książkowy idealizm nie wytrzymał, o zgrozo, naporu brudnej, rządowej rosyjskiej rzeczywistości. Okazałeś się słaby, mój Hercenie, wobec tej zdrady, którą Twój światły i przenikliwy, ściśle logiczny umysł z pewnością przewidziałby, gdyby go nie zaćmiła jego słabość płynąca z uczuciowości. Ty dotąd nie możesz sobie z nią poradzić, zapomnieć się, pocieszyć. W Twoim głosie słychać dotąd smutek płynący z urazy, z poczucia doznanej zniewagi... Ty wciąż mówisz z nimi, upominasz ich tak samo, jak upominasz cesarza, zamiast plunąć raz na zawsze na całą swą starą publiczność i odwróciwszy się do niej plecami, zwrócić się do publiczności nowej, młodej, jedynej, która może Cię zrozumieć szczerze, z rozmachem i wolą działania. Tym sposobem, pod wpływem przesadnej subtelności w stosunku do swych jakże grzesznych starców, sprzeniewierzasz się swemu obowiązkowi. Tylko nimi się zajmujesz, do nich przemawiasz, umniejszasz siebie dla nich i pocieszasz się myślą, "że najgorsze czasy mamy za sobą, i wkrótce na odgłos dzwonu waszego znowu pojawią się wszeteczne dzieci wasze z siwymi włosami i całkiem bez włosów z patriotycznego stada"... (1 grudnia, str. 1710); a do tego czasu Ty "w imię powodzenia praktycznej propagandy" skazujesz się na trudny, niewdzięczny obowiązek "postępowania według swojej miary, maszerowania zawsze krok za krokiem, a nie dwoma krokami naraz". Doprawdy nie rozumiem, co to znaczy iść o krok przed wielbicielami Katkowa, Skariatina, Murawjowa - a nawet przed stronnikami Milutinów, Samarinów, Aksakowów? Mnie się zdaje, że między Tobą a nimi różnica polega nie tylko na ilości, ale i na jakości, że między Wami nic nie ma i nie może być wspólnego. Przede wszystkim - jeśli nawet pozostawić na uboczu ich interesy osobiste i stanowe, których potęga ciągnie ich zresztą nieodparcie do przeciwnego nam obozu - oni są patriotami-państwowcami, Ty zaś socjalistą; toteż w konsekwencji powinieneś być wrogiem wszelkiego w ogóle państwa, które jest nie do pogodzenia z rzeczywistym, swobodnym, szerokim rozwojem interesów społecznych ludów. Oni poza sobą i swoimi interesami gotowi są poświęcić wszystko - i człowieczeństwo, i prawdę, i prawo, i wolę, i dobrobyt ludu - dla podtrzymania, umocnienia i rozwinięcia siły państwa. A Ty, jako socjalista, bez wątpienia gotów jesteś poświęcić życie i mienie, by zniszczyć to samo państwo, którego istnienie nie da się pogodzić z wolą ani pomyślnością ludu. Czy też może jako socjalista - państwowiec gotów jesteś pogodzić się z najobrzydliwszym i najniebezpieczniejszym załganiem, zrodzonym w naszych czasach: z rządowym demokratyzmem, z czerwoną biurokracją? Ty nigdzie nie wypowiadasz tego jasno; w Twoich artykułach znaleźć nawet można dużo niedopowiedzeń i trafnych uwag, w których wprost odrzucasz państwowość w ogóle, ale równocześnie mówisz o cudach, które rząd może zrobić w kierunku dodatnim, o "cesarzu, który wyrzekając się Piotrowszczyzny, połączy w sobie, być może, cara i Stieńkę Razina".

Hercenie, posłuchaj, to przecie niedorzeczność, i ja doprawdy nie pojmuję, jak mogła ona powstać w Twojej głowie, wyjść z niej i znaleźć się pod Twoim piórem! Ty powiesz może, że ja sam mówiłem to samo w broszurze pt. "Narodnoje dieło". - No, niezupełnie to samo. Nie chcąc występować wtedy rewolucyjnie, w przeciwieństwie do Was - a pamiętacie, ile toczyliśmy z tego powodu gorących sporów - zwróciłem się wówczas do cara w innym celu, z inną ukrytą myślą: zarówno wtedy, jak i dziś byłem i jestem przekonany o niemożności pogodzenia jego istnienia z naszym programem "Ziemi i Wolności", a wobec niemożności przedstawienia tej niezgodności od strony pozytywnej zmierzałem do wyrażenia jej w sposób negatywny. Proponując Aleksandrowi Mikołajewiczowi, aby stał się ludowym, ziemskim carem przez zniesienie wszelkich stanów, wojskowego, cerkiewnego i cywilnej biurokracji i wszelkiej centralizacji państwowej, przez nadanie ludowi ziemi i przyznanie mu nieograniczonej wolności oraz przyznanie wolności wszystkim terytoriom, które nie chcą pozostawać w związku z terytoriami wielkoruskimi, świadomie wzywałem cara, by własnymi rękami zniszczył imperium, wzywałem go do politycznego samobójstwa, i nigdy do głowy mi nie przychodziło, żeby on mógł zgodzić się na taki program. Byłem, podobnie jak Wy obaj, przekonany, że on, ukształtowany od stóp do głów przez wpływy wychowania, otoczenia, interesów, tradycji, przez warunki związane z konieczności z jego cesarską sytuacją, siłą rzeczy skazany jest na kontynuowanie Piotrowego systemu. Wskazując jedyną, a dla niego niemożliwą drogę, jaka prowadzi do rzeczywistego wyzwolenia ziemi rosyjskiej, starałem się uświadomić wszystkich, obudzić przekonanie, że myśl o pogodzeniu władzy cesarskiej i dobra poddanych jej narodów jest niemożliwa. Był to czas kompromisów. Przypomnijcie sobie: wtedy również nie wierzyłem, żeby w środowisku szlachty mogła narodzić się siła zdolna wstrząsnąć samowładztwem, a chociażby tylko je ograniczyć. Przypomnijcie sobie nasze spory z L. Jakże często w przeciwieństwie do niego zarzucaliśmy szlachcie brak samodzielności i broniliśmy nieumytych seminarzystów i nihilistów, tej jedynej świeżej siły poza ludem. Jednakże wtedy jeszcze istniała wśród szlachty pewna hałaśliwa mniejszość, siła napędowa - twerska szlachta szła na przodzie, żądając zrównania wszystkich wobec prawa i soboru ziemskiego. Ogariow opracował nawet projekt petycji szlachty na imię cesarza. Szlachta nie zdążyła jeszcze ujawnić całej utajonej w niej podłości. Był to czas niedorzecznych nadziei... My wszyscy mówiliśmy i pisaliśmy mając na względzie możliwość zwołania soboru ziemskiego... I robiliśmy, ja przynajmniej robiłem ustępstwa nie w treści, ale w formie, aby tylko nie przeszkodzić niemożliwemu w istocie rzeczy zwołaniu soboru ziemskiego. Przyznaję się i w zupełności zdaję sobie sprawę, że nigdy nie należało robić ustępstw ani w treści, ani w formie od ustalonego i jasnego rewolucyjnego programu społecznego. Znam nienawistne Wam słowo: "rewolucja", no ale cóż robić, Przyjaciele, kiedy bez rewolucji ani Wy, ani nikt inny nie może zrobić nawet kroku naprzód. Wy w imię wyższej praktyczności zbudowaliście sobie niemożliwą teorię przewrotu społecznego bez przewrotu politycznego, teorię równie niemożliwą w chwili obecnej, jak niemożliwa jest rewolucja polityczna bez rewolucji społecznej; jeden i drugi przewrót idą ręka w rękę, w istocie rzeczy stanowią jedną całość. Wy wszyscy gotowi jesteście wybaczyć państwu, kto wie, może gotowi jesteście udzielić mu poparcia, jeżeli nie wprost, bo byłoby zanadto wstyd, to pośrednio, byleby pozostawiło ono w stanie nienaruszonym Wasz mistyczny święty przybytek: wielkoruską wspólnotę rolną, od której mistycznie, nie gniewajcie się za obraźliwe, ale trafne słowo - tak, z mistyczną wiarą i teoretyczną pasją oczekujecie zbawienia nie tylko ludu wielkoruskiego, ale i wszystkich ziem słowiańskich, Europy, świata. A przy sposobności powiedzcie, dlaczego Wy, osamotnieni w swej dumie twórcy teorii o tajemniczym świetle i mocy, utajonych w głębi spólnoty rosyjskiej (która to teoria przez nikogo nie została ani zrozumiana, ani przyjęta), nie raczyliście odpowiedzieć poważnie i jasno na poważny zarzut postawiony przez Waszego przyjaciela: "Gonicie resztką sił - pisze do Was ów przyjaciel - ...wyobrażacie sobie, że rozwój pójdzie drogą pokojową, a tymczasem on drogą pokojową nie pójdzie; być może, w tej nieszczęsnej jedenastej godzinie pokładacie jeszcze nadzieję w rządzie, gdy może on przynieść tylko szkodę; potknęliście się o rosyjską chałupą, która sama zatrzymała się w miejscu i trwa przez wieki całe, po chińsku nieruchoma, przy swym prawie do ziemi". Dlaczego nie rozwiniecie w swoim "Kołokole" tej ważnej, decydującej o Waszej teorii, kwestii: dlaczego ta wspólnota rolna, po której oczekujecie takich cudów w przyszłości, w ciągu dziesięciu wieków dotychczasowego istnienia nie przyniosła nic prócz najbardziej ponurego i obrzydliwego niewolnictwa? Niebywałe poniżenie kobiety, absolutna negacja i niezrozumienie prawa kobiety i czci kobiecej, apatyczna, obojętna gotowość oddania jej, aby przysłużyć się całemu światu, pierwszemu lepszemu urzędnikowi, pierwszemu lepszemu oficerowi. Ohydna zgnilizna i zupełne bezprawie patriarchalnego despotyzmu i patriarchalnych obyczajów, bezprawie jednostki wobec miru i przygnębiający ucisk owego miru zabijający jakąkolwiek możliwość przejawiania się inicjatywy osobistej, brak prawa nie tylko jako ustalonej normy prawnej, ale zwykłej sprawiedliwości w uchwałach tegoż miru - i twarda, złośliwa jego bezceremonialność w stosunku do każdego bezsilnego i niebogatego członka wspólnoty, sytematyczny, złośliwy i okrutny ucisk tych osób, które mają pretensje do minimalnej samodzielności i gotowość sprzedania wszelkiego prawa i wszelkiej prawdy za wiadro wódki - tak oto rysuje się pełny obraz obecnego charakteru wielkoruskiej wspólnoty chłopskiej.

Dodajcie do tego jeszcze fakt natychmiastowej przemiany każdego wybranego chłopa w urzędnika-łapownika i ciemiężyciela - a będzie to kompletny obraz każdej wspólnoty, cicho i pokornie bytującej pod puklerzem państwa wielkorosyjskiego. Istnieje co prawda inna jej strona: buntownicza, Razinowska, Pugaczowowska, heretycka - jedyna strona, od której należy, moim zdaniem oczekiwać umoralnienia i ocalenia ludu rosyjskiego. Ale to nie jest cecha spólnoty, nie rozwija się pokojowo, nie jest państwowa, ale jest na wskroś rewolucyjna, rewolucyjna i wtedy nawet, gdy budzi się do życia z imieniem cara na ustach. Obok straszliwych braków wyliczonych przeze mnie Wy znajdujecie we wspólnocie wielkoruskiej dwie cechy dodatnie, dwie zalety. Jedna z nich ma charakter na wskroś negatywny: a mianowicie wspólnocie brak jest rzymskiego prawa i wszelkich w ogóle norm prawnych, zamiast których wśród ludu wielkoruskiego panuje nieokreślone i w stosunku do jednostek w najwyższym stopniu bezceremonialne, wręcz negatywne prawo. Druga zaleta chyba jest pozytywna, jest to bardzo niejasne, instynktowne pojęcie o prawie każdego chłopa do ziemi, pojęcie, które - jeśli ściśle je zanalizować - w żadnym razie nie ustanawia prawa całego ludu do całej ziemi, co więcej, zawiera nieomal w sobie myśl ponurą, przyznającą całą ziemię państwu i władcy - czyż mam tłumaczyć Wam, jaka olbrzymia różnica między tymi dwiema tezami:

Ziemia należy do ludu
Ziemia należy do władcy?

Na gruncie tej ostatniej tezy cesarz obdarza pustymi ziemiami, a przedtem obdarowywał i zaludnionymi, swych generałów, wypędza całe wspólnoty z jednej ziemi na drugą, nie budząc szemrania wśród ludu, byleby mu dano jakąkolwiek ziemię. "Ziemia nasza, a my carscy" - z takimi pojęciami, Przyjaciele, lud rosyjski daleko nie zajdzie. A zresztą wszystkie zalety, jakie znajdziecie we wspólnocie wielkoruskiej, istniały od dawien dawna, ale dotąd nie zrodziły nic prócz niewolnictwa i zgnilizny, a zarazem negacji całego ustroju państwowego, moskiewsko-Piotrowego świata przez raskolnictwo, kozaczyznę i bunty chłopskie. Wspólnota nasza nie przeszła nawet przez rozwój wewnętrzny, jest teraz wciąż jeszcze taka sama jak pięćset lat temu - a jeśli w niej, dzięki naciskowi państwowości, zauważyć można coś na podobieństwo procesu wewnętrznego, to są to procesy rozkładu - każdy chłop zamożniejszy i silniejszy od innych usiłuje teraz na wszelkie sposoby wyrwać się ze wspólnoty, która go gnębi i dusi. Skąd pochodzi owa nieruchawość i nieproduktywność wspólnoty rosyjskiej? Czy stąd, że w niej samej nie ma elementów rozwoju i ruchu? Chyba tak. Brak jej wolności, a bez wolności, wiadomo, wszelki ruch społeczny jest nie do pomyślenia. Cóż przeszkadza obudzeniu się wolności? Państwo, państwo moskiewskie, ono to zabiło w świecie rosyjskim wszelkie żywe zaczątki oświaty ludowej, rozwoju i postępu, zaczątki, które rozkwitły ongiś w Nowgorodzie, potem w Kijowie; zgubiło je po raz wtóry, gdy zgniotło kozactwo i raskolnictwo - państwo Piotrowe, które, jak wiecie, całe zbudowane zostało na zasadzie radykalnej negacji samodzielności ludu i życia ludowego i które, nie mając nic wspólnego z ludem, przekształcić się w ludowładztwo nie może; biurokratyczne i militarne nie przypadkiem, ale z samej swej istoty, dopóki istnieć będzie, dopóty siłą instynktu samozachowawczego nieodparcie żądać będzie od ludu coraz więcej żołnierzy i pieniędzy, a ponieważ żaden naród ani jednego, ani drugiego chętnie nie daje, będzie go coraz bardziej gnębiło i rujnowało. Tylko w ten sposób może ono żyć, a zatem i takim jest jego przeznaczenie. Formy lub raczej etykiety naszego państwa mogą ulegać zmianom, ale istota pozostaje wciąż ta sama.

Państwo oprócz zła niczego ludowi nie przynosiło i przynieść nie może. Jak to, odpowiecie, czyż cesarz nie uwolnił chłopów? Otóż to, że nie uwolnił. Czyż to ja mam Wam mówić i udowadniać, że uwolnienie było pozorne. Było ono niczym więcej, jak tylko wprowadzeniem, ze względu na grożące rozruchy i niebezpieczeństwa, nowych metod i systemu uciemiężenia ludu; chłopi, którzy należeli do właścicieli ziemskich, należą teraz do państwa. Miejsce urzędnika-właściciela ziemskiego zajęła teraz wspólnota-urzędnik, a nad wspólnotą panuje cały państwowy aparat urzędniczy; w miejsce właściciela ziemskiego wspólnota stała się teraz w ręku państwa ślepym, posłusznym narzędziem kierowania chłopami. Wolności chłopi mają tak samo mało jak i przedtem, żaden poruszyć się bez paszportu nie może, a paszporty wydaje odpowiedzialna za nich przed rządem wspólnota. Zbiorowa poręka jest dobra i działa dobroczynnie tam, gdzie istnieje wolność, ale jest zgubna w naszym ustroju państwowym. A wobec tego wolności chłopów nie ma i dopóki trwać będzie państwo, dopóty jej nie będzie. Nie znalazło też uznania prawo chłopa do ziemi. Jeśli ziemia jest chłopska, to skąd tu wykup - i jeszcze jaki wykup! Zrujnowany chłop zmuszony jest wędrować przez całą Rosję i brać najgorszą ziemię za duże pieniądze. Eh, Przyjaciele, nie brak nam symboli, etykiet, natomiast rzeczywistych przedmiotów, które one wyrażają, nie ma. W czymże Wy widzicie postęp, na czym polega istota rządowego podarku dla chłopów? Chyba już tylko dla taniości wódki, która pozwala ubogiemu ludowi, kobietom i dzieciom upijać się ze zgryzoty. Ładny postęp, co w naszym mądrym, żywym ludzie nie obudził nic innego oprócz powszechnego pijaństwa. "Nasza sprawa dojrzewa nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę", powiadacie - może i dojrzewa, ale nie dzięki państwu i nie jemu na pociechę; póki nie dojrzeje, w Rosji będzie tylko jedna rzeczywistość: wszechuciskające, wszechpochłaniające, wszechdemoralizujące państwo. Jakże wy wobec tego możecie mówić, że "prawdziwa reakcja jest u nas niemożliwa, że co do niej nie zachodzi rzeczywista potrzeba i że ponieważ reakcja jest bezsensowna, to powinna utracić ów bezsensowny charakter, w którym u nas występuje" (15 grudnia 1865 r., str. 1718). Na odwrót, mnie się zdaje, że od czasu założenia państwa moskiewskiego, gdy zostało zniszczone życie ludu w Nowgorodzie i Kijowie, po stłumieniu buntów Stieńki Razina i Pugaczowa w naszej nieszczęsnej i pohańbionej ojczyźnie istnieje właściwie i naprawdę tylko reakcja; to, co w dziejach innych krajów europejskich było tylko zjawiskiem występującym od czasu do czasu, u nas trwa nieustannie i nieprzerwanie; jest to negacja wszystkiego, co ludzkie - życia, prawa, wolności każdego człowieka i całych narodów w imię państwa i na rzecz samego tylko państwa. Czyż triumf państwa bagnetu i bata, oddanie pod jego jarzmo wszelkich przejawów życia ludu nie jest najprawdziwszą, rzeczywistą, nieodparcie konieczną i równocześnie najstraszliwszą reakcją, jaka kiedykolwiek istniała na świecie? I Wy od tej systematycznej i, powtarzam raz jeszcze, koniecznej reakcji oczekujecie cudu na gruncie psychologii społecznej? I Wy w swych pismach rozważacie ewentualność istnienia takiego cesarza, który, wyrzekłszy się Piotrowego dziedzictwa, łączyłby w swej osobie cara i Stieńkę Razina? Przyjaciele mili, nie jestem mniej zdecydowanym socjalistą niż Wy, ale właśnie dlatego, że jestem socjalistą, stanowczo nie dopuszczam możności pogodzenia ze sobą pomyślności Rosji i rozwoju tych zarodków, które już od blisko tysiąca lat utajone są w łonie rosyjskiej wspólnoty chłopskiej, z dalszym istnieniem państwa wszechrosyjskiego - i myślę, że najpierwszym obowiązkiem nas, rosyjskich wygnańców, zmuszonych do życia i działania za granicą - jest pełnym głosem wołać: trzeba koniecznie zniszczyć imperium. Taki powinien być pierwszy punkt naszego programu. Powiecie... że byłoby niepraktyczną rzeczą głosić podobne hasła. Rozpęta się przeciwko nam wszechrosyjska, ziemiańska, literacka, oficjalna burza. Będą wymyślali - tym lepiej; teraz nikt o nas nie mówi, wszyscy obojętnie odwrócili się do nas plecami - a to gorzej. Car przestanie czytać Twoje listy - nie ma nieszczęścia, Ty przestaniesz je pisać - czysta wygrana. Odsuną się od Ciebie starzy, łysi przyjaciele i zniknie wszelka nadzieja, by się kiedykolwiek zmienili - cóż, czy Ty rzeczywiście wierzysz, że można ich wychować i że przyniosą oni jakiś pożytek? Mnie się wydaje, że między Tobą a nimi panowało zawsze, nawet w najlepszych czasach, głębokie nieporozumienie. Oni uwielbiali Twój ogromny talent, zachwycali się Twym zdumiewającym dowcipem; ich szacunek do Ciebie rósł, czytali i słuchali Cię z szacunkiem sam cesarz, wielcy książęta i cały rząd; drżeli przed Tobą wszyscy petersburscy dygnitarze, Twoje słowo wystarczyło, by dokonać zmian na stanowiskach generał-gubernatorów, a generałowie-adiutanci z dumą nazywali Cię swoim przyjacielem. To były Twoje złote czasy, czyż nie prawda? A Twoi przyjaciele w Rosji, widząc Twoją półoficjalną potęgę, chwalili, hołubili Cię, schlebiali Ci jako swojemu przywódcy, upodlali się w stosunku do Ciebie i głośno chełpiąc się Twoim zaufaniem, korespondencją z Tobą, sami stawali się w ten sposób jak gdyby współuczestnikami Twej potęgi. Ale czyż byli oni kiedykolwiek socjalistami tak jak Ty? Ty wiesz sam, że nigdy nimi nie byli, że zawsze potępiali Cię za Twój socjalizm i jeżeli wybaczali Ci go, to tylko przez szacunek do Twych półoficjalnych zasług i że sami się Ciebie obawiali. Gdy jednak po zabójstwie Antoniego Pietrowa i po aresztowaniu Michajłowa zaczęto wyłapywać i innych najlepszych spośród naszych przyjaciół, a Ty głośno wziąłeś ich stronę, Twoi łysi przyjaciele po raz pierwszy zwątpili w Twój takt w sprawach praktycznych, czyli w możliwość dalszego trwania Twej wzruszającej zgody z cesarzem. Zdarzyły się pożary, poswawoliła młoda Rosja - poczęli więc błagać Ciebie, żebyś się ustatkował, podobnie jak przedtem błagali Cię, abyś wydawał "Kołokoł", i mimo wszystko nie odważali się jeszcze jawnie odsunąć się od Ciebie, bo słowo Twe grzmiało po dawnemu. Na porządek dzienny weszła sprawa polska, Ty sam przestraszyłeś się, osłabłeś w obliczu wrzasku sztucznie podniesionego przeciwko Polakom i przeciwko Tobie przez przekupne piśmiennictwo - wolne piśmiennictwo rząd zgnębił - i nagle wyrzekłeś się roli groźnego pogromcy, niezmordowanie piorunującego i karzącego, dla roli obrażonego i porzuconego ulubieńca, który tłumaczy się i omalże nie prosi o przebaczenie. Od tej chwili rzekomi przyjaciele Twoi przestali uznawać Cię za zwierzchnika, a ponieważ nie mogą żyć bez zwierzchności, przeszli hurtem na stronę wymyślającego Ci Katkowa; "widać, że ma rację, widać, że ma i siłę, skoro grozi i urąga". "Widać nie ma racji i jest bezsilny, skoro zaczął z nami mówić tak miękko i nagle poszedł na ustępstwa". Od niepamiętnych czasów tak rozumował tak zwany wykształcony naród w Rosji. Wierz mi, że Twoja sławetna "zmiana frontu", z której byłeś tak dumny i która nam, "abstrakcyjnym rewolucjonistom", miała udowodnić posiadanie praktycznych i taktycznych umiejętności, była ogromnym błędem. Twoje ustępstwa na rzecz zdeprawowanej, pozornie tylko jednolitej szlachecko-literackiej opinii w Rosji - która z pianą na ustach występowała w sprawie polskiej - w imię integralności imperium byłyby błędem nawet wówczas, gdyby cały naród wielkoruski stał na tym stanowisku. Czyż prawda i prawo przestają być prawdą i prawem tylko dlatego, że cały naród występuje przeciwko nim? Zdarzają się w historii momenty, gdy ludzie i partie, silne dzięki tej zasadzie, tej prawdzie, która w nich żyje, dla dobra powszechnego i dla zachowania własnego honoru powinny zdobyć się na odwagę pozostania samotnymi w przekonaniu, że prawda wcześniej czy później przyciągnie do nich nie starych i łysych renegatów, których powrót przynosi zawsze uszczerbek dla sprawy, ale nowe, świeże masy. Przecież prawda to nie abstrakcja i nie wytwór samowoli jednostki, ale najlogiczniejszy wyraz tych zasad, które żyją i działają w masach. Niekiedy masy z powodu swej krótkowzroczności i ciemnoty dadzą się odciągnąć od głównej drogi prowadzącej wprost do celu i nierzadko stają się w ręku rządu i klas uprzywilejowanych narzędziem służącym do osiągnięcia celów zdecydowanie przeciwnych ich istotnym interesom. Cóż, czy naprawdę ludzie zdający sobie sprawę z tego, o co idzie, zdający sobie sprawę, dokąd trzeba, a dokąd nie trzeba iść, muszą w imię popularności dać się unieść pędowi i kłamać razem z innymi? Czyż na tym polega Wasza sławetna praktyczność? Czyż nie ona właśnie skłoniła Mazziniego do neutralizacji sztandaru republikańskiego w roku 1859, do pisania listów otwartych do papieża i króla, do szukania porozumienia z Cavourem i od ustępstwa do ustępstwa czyż nie ona to właśnie doprowadziła go do własnoręcznego całkowitego rozbicia partii republikańskiej we Włoszech? Ona też przekształciła bohatera narodowego, Garibaldiego, w pokornego sługę Wiktora Emanuela i Napoleona III. Mówi się, że Mazzini i Garibaldi musieli ustąpić przed wolą ludu. Ale przecież ustąpili nie przed wolą ludu, ale przed drobną mniejszością burżuazyjną, która uzurpowała sobie prawo przemawiania w imieniu obojętnego na wszystkie te przemiany polityczne ludu. To samo stało się i z Wami. Wzięliście literacko-ziemiańskie lamenty za wyraz uczuć ludu i zlękliście się - stąd zmiana frontu, kokietowanie łysych przyjaciół-zdrajców i nowe listy otwarte do cesarza... i artykuły w tym rodzaju, jak artykuł z 1 maja roku bieżącego - artykuł, którego ja za nic w świecie nie zgodziłbym się podpisać; za nic na świecie nie rzuciłbym na Karakozowa (3) kamieniem i nie nazwałbym go w druku "fanatykiem albo rozdrażnionym szlachcicem" w tym samym czasie, gdy cała podła lokajska szlachecko- i literacko-urzędnicza Ruś mu urąga, a urągając mu ma nadzieję zasłużyć się w oczach cara i zwierzchności - w tym samym czasie, gdy w Moskwie i Petersburgu nasi łysi przyjaciele z zachwytem mówią: "No, już mu Michaił Nikołajewicz zaleje sadła za skórę", podczas gdy on zdumiewająco mężnie znosi wszystkie murawjowowskie tortury. W żadnym razie nie mamy tu prawa wydawać sądów o nim, nie wiedząc nic ani o nim, ani o przyczynach, które skłoniły go do znanego postępku. Ja tak samo jak i Ty nie oczekuję, aby carobójstwo mogło przynieść Rosji pożytek, gotów jestem nawet zgodzić się, że jest ono zdecydowanie szkodliwe, bo wywołuje chwilową reakcję na rzecz cesarza, wcale się jednak nie dziwię, że nie wszyscy podzielają ten pogląd i że pod presją obecnej nieznośnej, jak mówią, sytuacji znalazł się człowiek mniej rozwinięty pod względem filozoficznym, ale za to bardziej energiczny niż my, który pomyślał, że węzeł gordyjski można przeciąć jednym uderzeniem. Pomimo że popełnił błąd teoretyczny, nie możemy odmówić mu szacunku i powinniśmy uznać go za "naszego" wobec nikczemnego tłumu lokajskich wielbicieli cara. W przeciwieństwie do tego Ty w tymże artykule wychwalasz "niezwykłą" przytomność umysłu młodego chłopa, rzadką szybkość orientacji i zręczność. Mój Drogi, to przecie już całkiem do niczego, to do Ciebie niepodobne, śmieszne i niedorzeczne. Cóż jest niezwykłego i rzadkiego w działaniu człowieka, który widząc, jak drugi człowiek podnosi rękę na trzeciego, łapie go za rękę albo uderza w nią; przecież zrobiłby to każdy - stary i młody, nienawidzący cara i najbardziej zajadły jego wielbiciel. Zrobiłby to każdy bez myśli, bez celu, mechanicznie, instynktownie, z szybkością i zręcznością wszelkiego odruchu... Twoje wyrażenie "rozdrażniony szlachcic" przypomina mi ulubione wyrażenie nawróconego na prawosławie Gogola, który w ostatnich latach swego życia nazywał nas wszystkich "strapionymi", a po wtóre, Twoje wyrażenie jest dwuznaczne: można by pomyśleć, że uważasz go za rozzłoszczonego na cara z tego powodu, że uwolnił chłopów. W rzeczywistości zaś strzelał do cara za to, że tamten oszukał chłopów. Wynika to jasno z pierwszych słów wypowiedzianych przez Karakozowa po dokonaniu zamachu. A Ty w swoim artykule gniewasz się jeszcze na cara za to, że wyniesieniem Komissarowa (4) do godności szlachcica jak gdyby wypaczył sens lekcji, jaką dała nam historia. Na czymże polega, Twoim zdaniem, sens owej lekcji? Nietrudno się domyślić. Rylejewowie, Trubeccy, Wołkońscy, Pietraszewscy, Karakozowowie, nieprzejednani wrogowie carskiej władzy - wszyscy są ze szlachty. Susaninowie, Martianowowie, Komissarowowie, obrońcy i zbawcy samowładztwa - wszyscy z ludu. Ty zaś kontynuując swoją rolę niepowołanego i nie uznanego doradcy i opiekuna całego domu carskiego, nie wyłączając nawet książąt Lichtenberskich, stawiasz zarzuty Aleksandrowi II, że poniża oddane mu chłopstwo wobec wrogiej mu szlachty. A przecie, mów, co chcesz, Aleksander II, powodowany instynktem samozachowawczym, lepiej pojmuje sens historii państwa rosyjskiego niż Ty, Hercenie.

Czas mi się streścić: nie ulega żadnej wątpliwości, że Wasza propaganda w chwili obecnej nie cieszy się dziesiątą nawet częścią tego wpływu, jaki miała cztery lata temu. Dźwięki Waszego "Kołokoła" rozlegają się i giną dziś wśród pustyni, nie zwracając na siebie niczyjej nieomal uwagi. To znaczy, że dzwoni on na próżno i zwiastuje nie to, co trzeba. Macie dwa wyjścia: albo przerwać wydawnictwo, albo nadać mu inny kierunek. Musicie się zdecydować. Na czymże powinna polegać zmiana kierunku? Przede wszystkim trzeba ustalić, do kogo powinniście się zwracać. Gdzie jest Wasza publiczność? Lud nie czyta, a zatem oddziaływać na lud wprost z zagranicy niepodobna. Powinniście kierować tymi, którzy z tytułu swego położenia powołani są do tego, aby oddziaływać na lud, a mianowicie tymi, których swoimi praktycznymi ustępstwami i swoim ciągłym zwracaniem się to do rządu, to do łysych przyjaciół-zdrajców systematycznie od siebie odsuwaliście. A przede wszystkim musicie się wyrzec wszelkich pretensji, nadziei i zamiarów wywierania wpływu na teraźniejszy bieg spraw, na cara, na rząd. Tam Was nikt nie słucha, a bardzo możliwe, że się z Was śmieją, tam wszyscy wiedzą, dokąd idą i czego im potrzeba, wiedzą też, że państwo wszechrosyjskie innymi celami niż petersburskie i z innych środków żyć nie może. Zwracając się do tego świata, tylko tracicie drogocenny czas i na próżno się kompromitujecie. Szukajcie publiczności nowej wśród młodzieży, wśród niedouczonych uczniów Czernyszewskiego i Dobrolubowa, w Bazarowych, w nihilistach - w nich jest życie, w nich energia, w nich uczciwa i silna wola. Tylko nie karmcie ich światłocieniem, półprawdą, niedomówieniami. Tak, stańcie zaraz na trybunie i rezygnując z rzekomych i doprawdy bezsensownych wybiegów taktycznych, rąbcie wszystko, co myślicie, prosto z mostu i nie bójcie się na przyszłość wyprzedzić swoją publiczność. Nie bójcie się, ona nie pozostanie w tyle, a w razie potrzeby, kiedy poczujecie się zmęczeni, sama popchnie Was naprzód. Publiczność ta jest silna, młoda, energiczna - potrzebna jej jest pełnia światła, nie przestraszycie jej żadną prawdą. Głoście, by była praktycznie oględna, ostrożna, ale dawajcie jej całą prawdę, w której świetle mogłaby się zorientować, dokąd iść i dokąd prowadzić lud. Rozwiążcie sobie ręce, uwolnijcie się od starczej obawy i od starczych racji, od wszystkich flankowych uderzeń, od taktyki i praktyki, przestańcie być Erazmami, zacznijcie być Lutrami, a wróci Wam wraz z utraconą wiarą w sprawę i dawna wymowa, i dawna siła. Wówczas, ale dopiero wówczas, Wasi dawni synowie marnotrawni - zdrajcy - poznają w Waszym głosie głos przywódcy, wrócą do Was ze skruchą i biada Warn, jeśli zgodzicie się ich przyjąć. Oto, Przyjaciele, mój wyczerpujący pogląd na sprawę, a teraz sądźcie mnie, jak chcecie, i bądźcie łaskawi odpowiedzieć mi nie kalamburami, niczego nie dowodzącymi, ale czynami. Co się zaś tyczy dziwnego kosmo - poetycko - słowiańsko - londyńsko - genewskiego braterstwa i spisku wszechświatowego przeciwko Tobie, o którym wspominasz w swoim ostatnim liście, to mogę powiedzieć, że nigdy o nim nie słyszałem i w ogóle z umysłu trzymam się jak najbardziej na uboczu od wszystkich emigranckich plotek i hałasu. Słyszałem tylko od Utina młodszego, że jakoby on u siebie przy obiedzie miał Cię godzić z młodą Rosją... ale nie uwierzyłem.

Smutne są wieści o zdrowiu Ogariowa. No, ale my wszyscy wkrótce zostaniemy skoszeni... byle ostatnie lata nie poszły na marne. A teraz ściskam Was obu i proszę o zachowanie dawnej przyjaźni, niezależnej przecie od teoretycznej, a nawet praktycznej różnicy zdań.

Wasz
M. Bakunin


Przypisy

1) Księżna Zofia Siergiejewna Oboleńska, córka hrabiego Dołgorukowa, wyszła za księcia Oboleńskiego, z którym wkrótce się jednak rozeszła, by powtórnie wyjść za Waleriana Mroczkowskiego (1840-1889), byłego studenta kijowskiego, uczestnika powstania styczniowego. Bakunin poznał ks. Oboleńską w 1865 r. Okazywała mu ona pomoc materialną.

2) Chodzi tu o dokumenty: Katechizm rewolucyjny oraz Organizacja, w których Bakunin wyłożył podstawowe idee sformułowane w pierwszym okresie działalności we Włoszech.

3) Karakozow Dmitrij Wladimirowicz (1840-1866) pochodził z drobnej szlachty saratowskiej guberni. W 1861 r. był studentem Uniwersytetu Kazańskiego, skąd go relegowano za udział w ruchu studenckim. Od 1864 r. studiował w Moskwie prawo. 4 kwietnia 1866 roku strzelił do cara Aleksandra II. Karakozow został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 3 września 1866 r. W związku z zamachem Hercen opublikował w "Kołokole" (nr 219 z 1 maja 1866 r.) artykuł: Irkuck i Petersburg oraz List do Imperatora Aleksandra 11 ("Kołokoł" nr 221 z 1 czerwca 1866 r.), w których dał wyraz swym wahaniom politycznym i liberalnym iluzjom. Bakunin w tym czasie nie podzielał iluzji Hercena, mimo że sam nie pochwalał indywidualnego terroru, nie akceptował również krytycznego stosunku Hercena do młodej rewolucyjnej emigracji rosyjskiej. Na krytykę Hercena odpowiedział A. Serno-Sołowjowicz broszurą "Naszi domasznije dieła", co spowodowało nową krytykę ze strony Hercena.

4) Komissarow - chłop, przypadkowy widz zamachu, podbił rękę strzelającego Karakozowa, ratując w ten sposób życie carowi. Wyniesiony do godności szlachcica, popadł rychło w nałogowe pijaństwo.



[strona główna] [biografia] [pisma] [opracowania] [ikonografia] [bibliografia] [odnośniki] [redakcja]
Strony Internetowe Trojka Design  © 2001-2013 rozbrat.org