Michał Bakunin

BÓG I PAŃSTWO

ROZDZIAŁ II

Mówiłem już, gdzie szukać zasadniczej praktycznej przyczyny potężnego jeszcze obecnie oddziaływania wierzeń religijnych na masy ludowe. Owe właściwe im mistyczne skłonności są nie tyle wyrazem ich aberracji umysłowej, ile głębokiego wewnętrznego niezadowolenia. Jest to instynktowny i namiętny protest istoty ludzkiej przeciw ciasnocie, płyciźnie, cierpieniu i hańbie nędznej egzystencji. Przeciwko tej chorobie jedno tylko - jak mówiłem - istnieje lekarstwo: rewolucja socjalna.

W Dodatku swym starałem się wyłożyć, jakie przyczyny warunkowały narodzenie i historyczny rozwój religijnych urojeń w świadomości ludzkiej. Obecnie pragnę rozpatrzyć zagadnienie istnienia Boga oraz boskiego pochodzenia świata i człowieka wyłącznie z punktu widzenia użyteczności społecznej i moralnej idei, natomiast o racjach teoretycznych tych wierzeń powiem zaledwie kilka słów po to tylko, by lepiej swą myśl wyjaśnić.

Wszystkie religie z ich bogami, z ich półbogami, z ich prorokami, z ich mesjaszami, z ich świętymi były stworzone przez łatwowierną wyobraźnię ludzi, którzy jeszcze nie osiągnęli pełnego rozwoju i nie opanowali w pełni swych władz umysłowych w konsekwencji. Niebo religii jest tylko mirażem, w którym człowiek, podniecony swym nieuctwem i wiarą, odnajduje swoje własne odbicie, powiększone i odwrócone, tj. ubóstwione. A więc historia religii, historia początku, wielkości i upadku bogów, którzy kolejno po sobie następowali w wierzeniach ludzkich, jest tylko rozwojem umysłowości i kolektywnej świadomości ludzkiej. W swym historycznym postępie, w miarę jak ludzie odkrywali bądź w sobie samych, bądź też w zewnętrznej przyrodzie jakąś siłę, jakąś zaletę lub nawet jakąś wielką wadę, dając się unieść fantazji religijnej - przypisywali je swoim bogom, uprzednio nadmiernie je wyolbrzymiając i potęgując - jak to zwykle czynią dzieci. Dzięki tej skromności i tej pobożnej wspaniałomyślności ludzi wierzących i łatwowiernych niebo zostało wzbogacone łupami ziemi, a w nieuchronnej konsekwencji, im niebo stawało się bogatsze, tym ludzkość i ziemia stawały się uboższe. Skoro bóstwo zostało wprowadzone, zostało ono oczywiście uznane za przyczynę, źródło, sędziego i absolutnego szafarza wszystkiego: świat stał się niczym, bóstwo było wszystkim; a człowiek, istotny jego twórca, sam nieświadomie wyprowadziwszy je z niebytu, uklęknął przed nim, ubóstwił je i ogłosił, że sam jest jego tworem i niewolnikiem.

Chrystianizm jest właśnie religią par excellence, ponieważ występuje w niej i przejawia się w całej pełni natura, prawdziwa istota wszelkich systemów religijnych, którymi są: zubożenie, ujarzmienie i unicestwienie ludzkości na korzyść boskości.

Skoro Bóg jest wszystkim, świat realny i człowiek są niczym. Skoro Bóg jest prawdą, sprawiedliwością, dobrem, pięknem, mocą i życiem, człowiek jest kłamstwem, niesprawiedliwością, złem, brzydotą, niemocą i śmiercią. Skoro Bóg jest panem, człowiek jest niewolnikiem. Niezdolny sam przez się do tego, by znaleźć sprawiedliwość, prawdę, żywot wieczny, może osiągnąć je tylko przy pomocy boskiego objawienia. Lecz kto mówi o objawieniu, ten mówi o tych, którzy objawiają, o mesjaszach, o prorokach, o kapłanach i o prawodawcach natchnionych przez samego Boga; skoro zaś raz zostali oni uznani za przedstawicieli boskości na ziemi, za świętych wychowawców ludzkości wybranych przez samego Boga, by skierować ją na drogę zbawienia - muszą z konieczności sprawować władzę absolutną. Wszyscy ludzie winni okazywać im nieograniczone i bierne posłuszeństwo; albowiem wobec rozumu boskiego rozum ludzki, a wobec sprawiedliwości boskiej sprawiedliwość ziemska nie mogą się ostać. Ludzie, niewolnicy Boga, powinni też być niewolnikami Kościoła i Państwa, o ile Państwo jest uświęcone przez Kościół. Te prawa chrystianizm spośród wszystkich religii, które istnieją i które przedtem istniały, zrozumiał najlepiej, lepiej nawet niż starożytne religie Wschodu, które zresztą obejmowały tylko wyróżnione i uprzywilejowane ludy, gdy tymczasem chrystianizm zabiega o to, by ogarnąć całą ludzkość; spośród wszystkich religii chrześcijańskich jedynie rzymski katolicyzm tę prawdę głosi i realizuje z surową konsekwencją. Oto, dlaczego chrystianizm jest religią absolutną, religią ostateczną; i oto, dlaczego Kościół apostolski i rzymski jest jedynym konsekwentnym, prawowitym i boskim Kościołem.

Niechaj, więc nie wezmą mi tego za złe metafizycy i religijni idealiści, filozofowie, politycy czy poeci: Idea Boga implikuje wyrzeczenie się rozumu i sprawiedliwości ludzkiej, jest najbardziej stanowczą negacją wolności ludzkiej i w sposób nieunikniony doprowadza ludzi do niewolnictwa, zarówno w teorii jak w praktyce.

Jeśli więc nie chcemy niewolnictwa i poniżenia ludzi, jak tego pragną jezuici, jak tego pragną moniści, pietyści i metodyści protestanccy, to nie możemy i nie powinniśmy czynić najdrobniejszych nawet ustępstw ani w stosunku do Boga teologii, ani w stosunku do Boga metafizyki. Albowiem w tym alfabecie mistycznym tak się dzieje, że kto wymawia "A", będzie musiał nieuchronnie wymówić także "Z", a kto pragnie wielbić Boga, ten musi, nie łudząc się jak dziecko, wyrzec się odważnie swej wolności i swego człowieczeństwa.

Jeżeli Bóg istnieje, człowiek jest niewolnikiem; a że człowiek może i powinien być wolny - przeto Bóg nie istnieje.

Założę się, że nikt nie wyjdzie z tego błędnego koła. A teraz proszę wybierać.

***

Czy trzeba przypominać, w jakim stopniu i w jaki sposób religie ogłupiają i demoralizują ludy? One zabijają w nich rozum, główne narzędzie emancypacji ludzkiej, i wtrącają je w umysłowe niedołęstwo, główny warunek ich niewolnictwa. Hańbią pracę ludzką i czynią z niej znamię i źródło służebności. Zabijają pojęcie i poczucie sprawiedliwości w ludziach, sprawiając, że szala przeważa zawsze na korzyść tryumfujących łotrów, uprzywilejowanych przez łaskę bożą. Zabijają dumę i godność ludzką, popierając jedynie tych, co się płaszczą i są uniżeni. Tłumią w sercach ludu wszelkie ludzkie uczucie i przepełniają je okrucieństwem boskim.

Wszystkie religie są okrutne, wszystkie mają fundamenty we krwi; opierają się bowiem głównie na idei ofiary, czyli prowadzą do nieustannej rzezi Ludzkości, poddanej nienasyconej zemście Boskości. W tym krwawym misterium zawsze ofiarą jest człowiek, kapłan zaś, który jest też człowiekiem, ale człowiekiem uprzywilejowanym, przez łaskę - bożym katem. Teraz rozumiemy, dlaczego duchowni wszystkich religii, ci najlepsi, najbardziej humanitarni, najdelikatniejsi, mają niemal zawsze w głębi serca - a jeśli nie w sercu, to w wyobraźni, w myśli (a wiadomo, jak olbrzymi wpływ myśl i wyobraźnia wywierają na serce ludzkie) - dlaczego - powiadam - w uczuciach swych każdy z nich kryje coś okrutnego i krwiożerczego.

Nasi znakomici idealiści współcześni wiedzą o tym wszystkim lepiej niż ktokolwiek inny. Są to ludzie uczeni, którzy swoją historię umieją na pamięć; ponieważ zaś są to jednocześnie żywi ludzie, wielkie dusze przejęte szczerym i głębokim umiłowaniem dobra ludzkości, przeto przeklęli i napiętnowali wszystkie te karygodne czyny, wszystkie te zbrodnie religii z niezrównaną elokwencją. Pełni oburzenia, nie chcą solidaryzować się z Bogiem religii pozytywnych ani z ich dawnymi i współczesnymi przedstawicielami na ziemi.

Bóg, którego wielbią lub zdaje im się, że wielbią, różni się wyraźnie od bogów znanych w historii tym, że nie jest to bynajmniej Bóg pozytywny, w jakikolwiek sposób określony czy to przez teologię, czy metafizykę. To nie jest ani Istota Najwyższa Robespierre'a i J. J. Rousseau, ani panteistyczny Bóg Spinozy, ani nawet immanentny i transcendentny zarazem, pełen dwuznaczności Bóg Hegla. Oni się strzegą przed nadaniem mu jakiegoś pozytywnego określenia, czując doskonale, że każde określenie pozwoliłoby go poddać rozkładającemu działaniu krytyki. Nie wypowiadają się w sprawach, czy jest on Bogiem osobowym, czy nieosobowym, czy stworzył świat, czy świata nie stworzył; nie wspominają o jego boskiej opatrzności. Wszystko to bowiem mogłoby go skompromitować. Im wystarcza powiedzenie: "Bóg" i nic poza tym. Ale czymże jest w takim razie ich Bóg? Nie jest nawet ideą - jest aspiracją.

Jest to ogólna nazwa wszystkiego, co w ich oczach jest wielkie, dobre, piękne, szlachetne, ludzkie. Ale dlaczegóż nie mówią wtedy: "Człowiek"? Ach, dlatego, że Wilhelm, król pruski, że Napoleon III i wszyscy im podobni są także ludźmi; oto co im sprawia wielki kłopot. Prawdziwe człowieczeństwo jest mieszaniną wszystkiego tego, co najbardziej wzniosłe, co najpiękniejsze, a zarazem wszystkiego, co najniższe, co najpotworniejsze w świecie. Jak z tego wybrnąć? A więc jedno nazywają boskim, drugie zwierzęcym, wyobrażając sobie boskość i zwierzęcość jako dwa bieguny, pomiędzy którymi umieszczają człowieczeństwo. Nie chcą albo nie mogą zrozumieć, że te trzy terminy tworzą tylko jeden i że jeżeli się je rozdziela, to się wszystkie trzy znosi.

Idealiści nie są mocni, gdy chodzi o logikę, można nawet powiedzieć, że nią gardzą. To ich odróżnia od metafizyków panteistycznych i deistycznych i to nadaje ich ideom charakter właściwy idealizmowi praktycznemu, czerpiącemu swe inspiracje o wiele mniej z surowego rozwoju myśli niż z doświadczeń życiowych, powiedziałbym niemal: ze wzruszeń, zarówno historycznych i zbiorowych, jak indywidualnych. To nadaje ich propagandzie pozór bogactwa i siły żywotnej, ale tylko pozór, ponieważ samo życie staje się jałowe, gdy jest sparaliżowane w swej logicznej sprzeczności.

Sprzeczność ta polega na tym: oni pragną Boga i pragną człowieczeństwa. Upierają się przy tym, aby wiązać z sobą dwa terminy, które - raz rozdzielone - nie mogą się już złączyć, by się wzajemnie nie zniweczyć. Mówią jednym tchem: "Bóg i wolność człowieka", "Bóg i godność, i sprawiedliwość, i równość, braterstwo i pomyślność człowieka" - nie troszcząc się o tę nieubłaganą logikę, zgodnie z którą, jeżeli Bóg istnieje, cała reszta jest skazana na zagładę. Albowiem, jeżeli Bóg istnieje, to z konieczności jest Panem odwiecznym, najwyższym, absolutnym, a jeżeli ten Pan istnieje, człowiek jest niewolnikiem; jeżeli zaś człowiek jest niewolnikiem, to nie ma dla niego ani sprawiedliwości, ani równości, ani braterstwa, ani pomyślności. Na próżno będą się starać, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wszystkim doświadczeniom historycznym, przedstawić swego Boga jako istotę ożywioną największym umiłowaniem wolności ludzkiej: pan, choćby nie wiadomo co robił i choćby bardzo pragnął wydać się liberałem - zawsze pozostaje panem, i z jego istnienia nieuchronnie wynika niewolnictwo wszystkich, którzy stoją niżej od niego. Ale więc jeżeliby Bóg istniał, mógłby przysłużyć się wolności ludzkiej tylko w jeden sposób: przestać istnieć.

Miłując i troszcząc się o wolność ludzką, uważając ją przy tym za bezwzględny warunek wszystkiego, co wielbimy i szanujemy w ludzkości, odwracam aforyzm Voltaire'a i mówię: jeżeliby Bóg rzeczywiście istniał, należałoby sprawić, aby przestał istnieć.

***

Surowa logika dyktująca mi te słowa jest zbyt oczywista, abym musiał szerzej rozwijać tę argumentację. Wydaje mi się rzeczą niemożliwą, aby znakomici mężowie, których nazwiska przytoczyłem, tak sławni i tak słusznie szanowani, sami nie zwrócili uwagi, zupełnie nie dostrzegali tej sprzeczności, w którą wpadają, mówiąc jednocześnie o Bogu i o wolności ludzkiej. Ażeby przejść ponad tym, musieli, więc chyba pomyśleć, że ta niekonsekwencja czy nadużycie logiczne były w praktyce konieczne dla samego dobra ludzkości.

Może być zresztą, że mówiąc o wolności jako o czymś dla nich godnym szacunku i drogim, rozumieją ją zgoła inaczej, niż my ją rozumiemy, my, materialiści i socjaliści-rewolucjoniści. W istocie mówiąc o wolności zawsze dodają natychmiast inny wyraz, władza, wyraz i rzecz, których my nienawidzimy z głębi serca.

Czymże jest władza? Czyżby była tą nieuniknioną potęgą praw naturalnych, których przejaw widzimy w powiązaniu i koniecznym następstwie zjawisk, zarówno w świecie fizycznym, jak społecznym? Istotnie, przeciwko tym prawom bunt jest nie tylko niedozwolony, jest on po prostu niemożliwy. Możemy nie doceniać znaczenia praw naturalnych lub też jeszcze ich nie znać, lecz nie możemy nie być im posłuszni, ponieważ są one podstawowym warunkiem naszego istnienia; one nas otaczają, przenikają, kierują wszystkimi naszymi ruchami, naszymi myślami i naszymi działaniami i nawet wówczas, kiedy myślimy, że nie jesteśmy im posłuszni, czyny nasze są tylko manifestacją ich wszechpotęgi.

Tak jest, jesteśmy bezwzględnie niewolnikami tych praw. Lecz w tym niewolnictwie nie ma nic upokarzającego, a raczej nie jest to niewolnictwo. Albowiem nie ma niewolnictwa bez jakiegoś pana, prawodawcy, znajdującego się na zewnątrz w stosunku do tego, komu rozkazuje; a przecież prawa natury nie są zewnętrzne względem nas: one są nieodłączne od nas, stanowią naszą istotę, całą naszą istotę, zarówno cielesną jak intelektualną i moralną; my tylko dzięki nim żyjemy, oddychamy, działamy, myślimy, pragniemy. Poza nimi jesteśmy niczym, nie jesteśmy. Skąd więc brałaby się w nas moc i chęć buntu przeciwko nim?

Wobec praw naturalnych człowiek posiada tylko jedną wolność: uznać je i coraz lepiej stosować do celów, do emancypacji i humanizacji zarówno kolektywnej, jak indywidualnej. Skoro prawa te raz już zostały uznane, przejawiają władzę, której masy ludzkie nigdy nie poddają dyskusji. Trzeba być szalonym albo teologiem, albo przynajmniej metafizykiem, prawnikiem lub ekonomistą burżuazyjnym, żeby na przykład podnosić bunt przeciwko prawu, według którego 2x2 = 4. Trzeba posiadać wiarę, aby wyobrażać sobie, że człowiek nie spali się w ogniu i nie utonie w wodzie, jeśli nie ucieknie się do jakiejkolwiek sztuczki, która z kolei opiera się także na jakimś innym prawie naturalnym. Ale te bunty czy raczej dążenia, szaleńcze urojenia o buncie, który jest niemożliwy, są rzadkim wyjątkiem; rzec można, że na ogół masy ludzkie w swym codziennym życiu poddają się niemal całkowicie władzy zdrowego rozsądku, to znaczy sumie ogólnie uznanych praw naturalnych.

Wielkie to nieszczęście, że wiele praw naturalnych, które już potwierdziła nauka, jest nie znanych masom ludowym, a to wskutek troskliwej kurateli rządów, które - jak wiadomo - istnieją tylko dla dobra ludów. Mamy jeszcze i inne braki: oto mianowicie większa część praw naturalnych rządzących rozwojem społeczeństwa ludzkiego, praw równie potrzebnych, niezmiennych, koniecznych, jak prawa rządzące światem fizycznym, nie została potwierdzona i uznana należycie przez samą nawet naukę.

W momencie gdy prawa te najpierw zostaną uznane przez naukę, a następnie przejdą, przy pomocy rozległego systemu wychowania i nauczania powszechnego, do świadomości ogółu, wówczas zagadnienie wolności będzie zupełnie rozstrzygnięte. Najbardziej oporne władze będą musiały przyznać, że organizacja, kierownictwo, prawodawstwo polityczne są zbędne, że te trzy rzeczy, bez względu na to, czy pochodzą z woli władzy, czy też są rezultatem uchwał parlamentu wybranego na zasadzie głosowania powszechnego, nawet gdyby były zgodne z systemem praw naturalnych - co nigdy nie zachodzi i nigdy zajść nie może - że te trzy rzeczy są zawsze jednakowo zgubne i sprzeczne z wolnością mas, ponieważ narzucają im system praw, który pochodzi z zewnątrz i przez to samo jest despotyczny.

Wolność człowieka polega na tym tylko, że jest on posłuszny prawom naturalnym, ponieważ sam je uznał za takie, nie zaś dlatego, że narzuciła mu je z zewnątrz czyjaś obca wola, boska czy ludzka, zbiorowa czy indywidualna.

Wyobraźcie sobie uczoną akademię, w której zasiadają najznakomitsi przedstawiciele nauki; wyobraźcie sobie, że tej akademii powierzono ustanowienie praw i organizację społeczeństwa i że ci uczeni, których pobudza jedynie najczystsze umiłowanie prawdy, dyktują prawa absolutnie zgodne z najnowszymi odkryciami nauki. Twierdzę, że nawet w tym wypadku to prawodawstwo i ta organizacja okażą się potworne, i to z dwóch powodów. Powód pierwszy: nauka ludzka jest zawsze z konieczności niedoskonała i jeżeli porównać to, co już odkryła, z tym, co pozostało do odkrycia, to można powiedzieć, że jest jeszcze ciągle w powijakach. I to do tego stopnia, że jeżeli chciałoby się zmusić człowieka, aby w swym praktycznym życiu, zarówno zbiorowym jak indywidualnym, stosował się ściśle i wyłącznie do ostatnich danych nauki, skazałoby się go - tak samo społeczeństwo, jak poszczególne jednostki - na męki łoża prokrustowego, wśród których zginąłby, rozbity, zduszony, życie bowiem jest zawsze nieskończenie bardziej rozległe niż nauka.

Powód drugi: społeczeństwo, które by słuchało praw wydanych przez pewną akademię naukową nie dlatego, iż samo zrozumiało ich racjonalny charakter - a w takim przypadku istnienie akademii byłoby zbędne - lecz dlatego, że prawa te wydane przez akademię zostały mu narzucone w imię nauki, którą dane społeczeństwo szanuje, choć jej nie rozumie - takie społeczeństwo byłoby społeczeństwem nie ludzi, lecz bydląt. Byłoby to jakby drugie wydanie owej biednej republiki paragwajskiej, która tak długo pozwoliła Towarzystwu Jezusowemu rządzić sobą. Tego rodzaju społeczeństwo stoczyłoby się niechybnie bardzo szybko na najniższy poziom idiotyzmu.

Istnieje jeszcze trzeci powód, który uniemożliwia istnienie takiego kierownictwa. Mianowicie, jeśliby akademia naukowa rozporządzała taką najwyższą - że tak powiem - absolutną władzą i gdyby nawet składała się z najznakomitszych ludzi, musiałaby niezawodnie, i to w krótkim czasie, sama się zdeprawować, zarówno pod względem moralnym jak intelektualnym. Jest to charakterystyczne już dzisiaj dla historii wszystkich akademii, mimo że pozostawiono im tak niewiele przywilejów. Największy geniusz naukowy, z chwilą kiedy zostaje akademikiem, uczonym oficjalnym, patentowanym, nieuchronnie degeneruje się i zapada w drzemkę. Zatraca swą samorzutność, swój rewolucyjny rozmach i tę nieokiełznaną i dziką energię, którą odznacza się natura największych geniuszy powołanych do tego, by burzyć chylące się do upadku światy i zakładać fundamenty pod nowe światy.

Taki uczony ma lepsze maniery, więcej utylitarnej, praktycznej mądrości, ale myśl jego straciła na potędze. Słowem, demoralizuje się.

Właściwością przywileju i wszelkiego uprzywilejowanego stanowiska jest to, że zabijają one rozum i serce ludzkie. Człowiek uprzywilejowany pod względem politycznym bądź też ekonomicznym jest człowiekiem intelektualnie i moralnie zdemoralizowanym. Oto jest prawo społeczne, które nie dopuszcza żadnych wyjątków i które stosuje się zarówno do całych narodów, jak do klas, do stowarzyszeń oraz do jednostek. Jest to prawo równości, najwyższego warunku wolności i człowieczeństwa. Głównym celem niniejszej książki jest właśnie rozwinięcie tego prawa i wykazanie jego prawdziwości we wszystkich przejawach życia ludzkiego.

Ciało naukowe, któremu byłyby powierzone rządy nad społeczeństwem, w krótkim czasie zaniedbałoby naukę i zajęłoby się zgoła inną sprawą; sprawą tą interesują się wszystkie ustanowione władze, a mianowicie przemyśliwają, jak uwiecznić siebie, i czynią to doprowadzając powierzone ich pieczy społeczeństwo do stanu coraz większego ogłupienia, a więc do takiego stanu, w którym coraz bardziej potrzebuje ono rządu i kierownictwa.

Wszystko to jest prawdziwe nie tylko w stosunku do akademii naukowych, lecz także w stosunku do wszelkich zgromadzeń konstytucyjnych i ustawodawczych, nawet jeżeliby wybrano je przez powszechne głosowanie. Prawda, że powszechne głosowanie może ich skład odnowić, to jednak nie przeszkadza, że w ciągu kilku lat tworzy się zespół polityków, uprzywilejowanych nie prawnie, lecz faktycznie, którzy oddając się wyłącznie kierowaniu publicznymi sprawami kraju, tworzą w końcu pewnego rodzaju arystokrację czy oligarchię polityczną. Tak się dzieje w Stanach Zjednoczonych oraz w Szwajcarii.

A zatem żadnego prawodawstwa pochodzącego z zewnątrz i żadnych władz; te zresztą dwie rzeczy są z sobą nierozłączne i wspólnie prowadzą do ujarzmienia społeczeństwa i do otępienia umysłowego samych prawodawców.

***

Czyżby z tego miało wynikać, że nie uznaję żadnego autorytetu? Daleki jestem od podobnych myśli. Jeżeli chodzi o buty, odwołuję się do autorytetu szewca; jeżeli chodzi o dom, o kanał lub kolej, zwracam się o radę do architekta lub inżyniera. W kwestii jakiejś nauki specjalnej zwracam się do takiego a takiego uczonego. Ale nie daję sobie nic narzucić ani przez szewca, ani przez architekta, ani przez uczonego. Słucham ich opinii swobodnie i z całym szacunkiem należnym ich rozumowi, charakterowi, umiejętności, zachowując sobie jednak niezaprzeczalne prawo krytyki oraz kontroli. Nie zadowalam się radą jakiegoś jednego autorytetu w danej specjalności, zwracam się o nią do kilku specjalistów; zestawiam ich opinie i wybieram tę, która wydaje mi się najbardziej słuszna. Nie uznaję natomiast żadnych nieomylnych autorytetów, nawet w zagadnieniach całkowicie specjalnych; niezależnie przeto od szacunku, jaki mogę żywić dla uczciwości i szczerości danej jednostki - absolutnej wiary nie pokładam w nikim. Tego rodzaju wiara oddziałałaby fatalnie na mój rozum, na moją wolność, a nawet na powodzenie moich przedsięwzięć; pod jej wpływem przeobraziłbym się natychmiast w tępego niewolnika, w narzędzie cudzej woli i cudzych interesów.

Mogę schylić głowę przed autorytetem specjalistów, mogę oświadczyć, że jestem gotów stosować się do ich wskazówek, a nawet w pewnym stopniu i w pewnym okresie poddać się ich kierownictwu, jeśli uznam to za potrzebne, ponieważ ten autorytet nie został mi przez nikogo narzucony, ani przez ludzi, ani przez Boga. W przeciwnym razie odrzuciłbym go ze wstrętem i odesłał do wszystkich diabłów ich rady, ich kierownictwo i ich wiedzę, pewny, że za owinięte w stek kłamstw okruchy ludzkiej prawdy, jakich mogą mi udzielić, każą mi zapłacić utratą wolności i godności.

Schylam głowę przed autorytetem specjalistów, ponieważ własny mój rozum każe mi go uznać. Wiem, że nie jestem w stanie ogarnąć wiedzy ludzkiej we wszystkich jej szczegółach i w całym jej pozytywnym rozwoju - dostępny mi jest tylko niewielki jej zakres. Nawet najwyższa inteligencja nie zdoła objąć całości wiedzy. Zarówno więc nauka, jak i przemysł wymagają koniecznie podziału pracy i stowarzyszenia w pracy. Biorę i daję - takie jest życie ludzkie. Każdy jest autorytatywnym kierownikiem, ale też każdy z kolei jest kierowany. Nie ma więc bynajmniej autorytetów stałych i trwałych, władza i podporządkowanie wzajemnie się ciągle wymieniają, są to zjawiska przejściowe, a przede wszystkim dobrowolne.

Powyższe racje nie pozwalają mi uznać autorytetu, który by był niezastąpiony, trwały i uniwersalny; człowiek uniwersalny bowiem nie istnieje, nie ma człowieka, który byłby zdolny objąć wszystkie nauki, wszystkie dziedziny życia społecznego, w całym bogactwie szczegółów, bez których znajomości nie można zastosować nauki do życia. Gdyby zaś podobna uniwersalność mogła kiedykolwiek zrealizować się w jednym człowieku i gdyby zechciał on narzucić nam swój autorytet, takiego człowieka należałoby wyłączyć ze społeczeństwa, jego autorytet bowiem doprowadziłby niechybnie wszystkich innych do niewolnictwa i do niedołęstwa umysłowego. Jestem zdania, że społeczeństwo nie powinno krzywdzić ludzi genialnych, jak to dotychczas czyniło, lecz nie powinno im także zbytnio pobłażać, a zwłaszcza nadawać im jakichś przywilejów czy wyjątkowych praw, a to dla trzech przyczyn: przede wszystkim mogłoby się zdarzyć, że społeczeństwo wzięłoby za geniusza - szarlatana; następnie, stosując system przywilejów, mogłoby przeistoczyć nawet prawdziwie genialnego człowieka w szarlatana, mogłoby go zdemoralizować, ogłupić; i wreszcie stworzyłoby sobie despotę.

Streszczam, co powiedziałem. Uznajemy absolutny autorytet nauki, nauka bowiem ma tylko jeden przedmiot, mianowicie odtwarza w umyśle poprzez refleksje możliwie najbardziej systematycznie prawa naturalne, które panują zarówno w materialnym, jak intelektualnym i moralnym życiu, w świecie fizycznym i w świecie społecznym, w tych dwóch światach stanowiących faktycznie jeden i ten sam świat natury. Poza tą jedyną prawowitą władzą, gdyż jest to władza racjonalna i zgodna z wolnością ludzką, wszelkie inne są kłamliwe, arbitralne, despotyczne i zgubne.

Uznajemy absolutny autorytet nauki, lecz odrzucamy tezę o nieomylności i uniwersalności przedstawicieli nauki. My, w naszym Kościele - pozwolę sobie posłużyć się przez chwilę tym wyrazem, choć budzi on we mnie nienawiść, Kościół i Państwo bowiem to dla mnie dwie czarne owce - w naszym Kościele, jak w Kościele protestanckim, mamy swego kierownika, niewidzialnego Chrystusa, naukę; i jak protestanci, a nawet bardziej konsekwentnie niż protestanci, nie chcemy w Kościele swym mieć ani papieża, ani soborów, ani nieomylnych konklawe kardynałów, ani biskupów, ani nawet księży. Nasz Chrystus różni się od Chrystusa protestanckiego i w ogóle chrześcijańskiego tym, że nie jest jak tamten istotą osobową, lecz nieosobową; Chrystus chrześcijański, którego posłannictwo wypełniło się już w odwiecznej przeszłości, przedstawia się jako istota doskonała, podczas gdy spełnienie się misji i doskonałość naszego Chrystusa nauki należą ciągle do przyszłości: to znaczy, że nigdy nie zostaną zrealizowane. Oddając absolutną władzę jedynie absolutnej nauce, w niczym nie narażamy naszej wolności. Gdy mówię "nauka absolutna", myślę o nauce prawdziwie uniwersalnej, która by w sposób idealny, w całej rozciągłości i we wszystkich nieskończonych szczegółach odtwarzała wszechświat: myślę o systemie czy koordynacji wszystkich praw naturalnych przejawiających się w nieprzerwanym rozwoju światów. Jest rzeczą oczywistą, że taka nauka, wzniosły przedmiot wszystkich wysiłków umysłu ludzkiego, nie zrealizuje się nigdy w swej absolutnej pełni. Nasz Chrystus pozostanie więc niedoskonały po wieczne czasy, jego więc patentowani przedstawiciele żyjący pośród nas muszą poskromić swą pychę. Przeciwko temu Bogu-Synowi, w imię którego zamierzaliby narzucić nam swoją bezczelną i pedantyczną władzę, my odwołamy się do Boga-Ojca, a więc do świata realnego, do realnego życia, których my, istoty realne, żyjące, pracujące, walczące, kochające, mające nadzieję, cieszące się i cierpiące, jesteśmy bezpośrednimi przedstawicielami, podczas gdy Bóg-Syn jest tylko ich niedoskonałym wyrazem.

Odrzucając, więc zdecydowanie absolutny, uniwersalny i nieomylny autorytet ludzi nauki, chylimy chętnie głowę przed czcigodnym, choć względnym i całkiem przejściowym, bardzo ograniczonym autorytetem przedstawicieli nauk specjalnych. Żądamy od nich tylko tego, by dawali nam od czasu do czasu rady, i z wdzięcznością przyjmiemy cenne wskazówki, jakich zechcą udzielić, pod tym jednak warunkiem, że i oni będą korzystać z naszych pouczeń w tych okolicznościach i rzeczach,, na których my się lepiej od nich znamy. Nie mamy nic przeciwko temu, aby ludzie posiadający wielką wiedzę, wielkie doświadczenie, wielki rozum, a zwłaszcza wielkie serce wywierali na nas wpływ. Jest to wpływ naturalny i uzasadniony, dobrowolnie przez nas przyjmowany, o ile oczywiście nie został narzucony w imię jakiegoś oficjalnego autorytetu, obojętne - niebiańskiego czy ziemskiego. My uznajemy wszelkie naturalne autorytety i wszelkie oddziaływanie, którego źródłem jest fakt, nie zaś prawo; albowiem wszelki autorytet i wszelki wpływ prawa oficjalnie nam narzuconego przekształciłby się od razu w ucisk i kłamstwo, a to doprowadziłoby nas niezawodnie do niewoli i ogłupienia, czego - jak sądzę - dowiodłem już w sposób dostateczny.

Słowem, odrzucamy wszelkie prawodawstwo, wszelką władzę i wszelkie wpływy uprzywilejowanych, patentowanych, oficjalnych i uprawnionych, wpływy tych, którzy rządzą w rezultacie powszechnego głosowania, jesteśmy, bowiem przeświadczeni, że ludzie ci zawsze wykorzystają swe wpływy jedynie na korzyść panującej i wyzyskującej mniejszości, a przeciwko interesom olbrzymiej ujarzmionej większości.

W takim właśnie znaczeniu jesteśmy istotnie anarchistami.

Współcześni idealiści pojmują autorytet w sposób zgoła odmienny. Choć są wolni od tradycyjnych przesądów wszelkich istniejących religii pozytywnych, niemniej jednak nadają idei autorytetu sens boski, absolutny. Autorytet ten nie ma waloru prawdy w cudowny sposób objawionej ani też prawdy ściśle i naukowo dowiedzionej. Budują go w oparciu o kilka pseudofilozoficznych argumentów na wielkiej, mglisto-religijnej wierze, na licznych uczuciach idealnych, abstrakcyjnych, poetyckich. Ich religia jest jak gdyby ostatnią próbą ubóstwienia wszystkiego, co jest w człowieku ludzkie.

Te dążenia są całkowicie sprzeczne z tym, czego my chcemy dokonać. Mając na celu wolność ludzką, godność ludzką i ludzką pomyślność, uważamy za swój obowiązek odebrać Niebu dobra, jakie zrabowało ziemi, i ziemi je przywrócić. Oni natomiast, usiłując popełnić ostatnią, religijną i bohaterską kradzież, pragnęliby tę wolność, godność i pomyślność zwrócić na nowo temu boskiemu, obecnie zdemaskowanemu grabieżcy - niebu, które z kolei przez zuchwałą bezbożność oraz naukową analizę wolnomyślicieli zostało ograbione z wszystkiego, co w człowieczeństwie największe, najpiękniejsze, najszlachetniejsze.

Idealistom wydaje się, że idee i sprawy ludzkie wówczas będą cieszyć się największym wśród ludzi autorytetem, gdy nadana im zostanie sankcja boska. Jak się objawia ta sankcja? Nie w jakimś cudzie, jak w religiach pozytywnych, tylko w wielkości czy nawet w świętości idei oraz spraw: wszystko, co wielkie, co piękne, co szlachetne, co sprawiedliwe, jest uznane za boskie. W tym nowym kulcie religijnym każdy człowiek natchniony przez te idee, przez te sprawy, staje się kapłanem uświęconym bezpośrednio przez samego Boga. A co jest tego dowodem? Dowodem jest sama wielkość idei, które kapłan wyraża, spraw, które spełnia; innych dowodów nie trzeba. Idee te są tak święte, że mogą być inspirowane jedynie przez Boga.

Oto ich cała filozofia zawarta w kilku słowach: filozofia uczuć, a nie realnych myśli, rodzaj metafizycznego pietyzmu. Wydaje się to rzeczą niewinną, lecz bynajmniej tak nie jest; bardzo ścisła, bardzo ciasna i bardzo oschła doktryna, która się kryje za nieuchwytną zwiewnością tych poetyckich form, prowadzi do tych samych opłakanych rezultatów co i wszystkie religie pozytywne: to jest do pełnej negacji wolności i godności ludzkiej.
Kto głosi, że wszystko, co w ludziach wielkie, sprawiedliwe, szlachetne, piękne - jest boskie, ten musi uznać, że ludzkość z natury rzeczy jest niezdolna sama z siebie wytwarzać wartości; to zaś prowadzi do stwierdzenia, że ludzkość pozostawiona sama sobie jest z natury nędzna, niesprawiedliwa, pospolita i szpetna. Wróciliśmy więc znowu do tezy istotnej dla wszelkich religii, tezy, która oczernia ludzkość, aby przysporzyć boskości jak największej chwały. A z chwilą kiedy przyjęło się tę tezę o naturalnej niższości człowieka, tezę, która dowodzi, że człowiek jest absolutnie niezdolny wznieść się sam z siebie, bez udziału jakiejkolwiek boskiej inspiracji, w sferę słusznych i prawdziwych idei - trzeba z konieczności przyjąć również wszystkie teologiczne, polityczne i społeczne konsekwencje religii pozytywnych. Z chwilą zaś kiedy Bóg, Istota doskonała i najwyższa, zostaje przeciwstawiony ludzkości, wtedy pośrednicy boscy, wybrani i natchnieni przez Boga, zjawiają się jakby spod ziemi, by oświecać, kierować i rządzić w jego imieniu rodzajem ludzkim.

Czy nie można by założyć, że wszyscy ludzie są jednakowo przez Boga natchnieni? Wówczas na pewno pośrednicy nie byliby potrzebni. Takie jednak założenie jest niemożliwe, gdyż zaprzeczają mu fakty. Konsekwentnie, bowiem należałoby uznać, że wszelkie niedorzeczności i błędy, wszelkie okropności, bezecności, nikczemności i głupstwa popełniane w świecie ludzkim mają swe źródło w natchnieniu Boga. A więc tylko nieliczni na świecie mogą być przez Boga natchnieni. Są to wielkie postacie historyczne, pełni cnoty geniusze, jak mówi znakomity obywatel i prorok włoski, Giuseppe Mazzini: Natchnieni bezpośrednio przez samego Boga, opierając się na zgodzie powszechnej wyrażonej w głosowaniu powszechnym - Dio e Popolo - są oni powołani, by rządzić społeczeństwami ludzkimi (6).

Oto wróciliśmy znowu do sprawy Kościoła i Państwa. Prawda, że w tej nowej organizacji utworzonej, jak wszystkie dawne organizacje polityczne, z łaski Boga, ale tym razem opartej, przynajmniej pod względem formy, a taka koncesja jest niezbędna w stosunku do ducha współczesności - na woli (fikcyjnej) ludu, podobnie jak to zostało wyrażone w przedmowach do cesarskich dekretów Napoleona III, otóż w tej organizacji Kościół nie będzie się nazywał Kościołem, lecz Szkołą. Ale na tych szkolnych ławkach będą siedziały nie tylko dzieci: będzie tam siedział, uznany za małoletniego, wieczny uczeń, którego uważa się za zbyt mało zdolnego, by zdał kiedykolwiek egzaminy, by przyswoił sobie wiedzę swych nauczycieli i mógł obejść się bez ich dyscypliny - słowem, siedzieć tam będzie lud (7).

Państwo nie będzie się już nazywało Monarchią, nazywać się będzie Republiką, lecz nie przestanie przez to być Państwem, to jest kuratelą oficjalnie i według prawideł ustanowioną przez mniejszość kompetentnych ludzi, ludzi obdarzonych geniuszem pełnym cnót lub talentem, aby czuwała nad zachowaniem się tego dużego, niepoprawnego i okropnego dziecka, jakim jest lud, aby nim kierowała. Profesorowie Szkoły i urzędnicy Państwa będą się nazywali republikanami; lecz będą także opiekunami, pasterzami, lud zaś pozostanie tym, czym wiecznie był dotychczas - pozostanie trzodą. Strzeżcie się wtedy postrzygaczy; tam bowiem, gdzie jest trzoda, będą niechybnie także i ci, co strzygą i pożerają stado.

W tym systemie lud będzie wiecznym uczniem i małoletnim. Mimo suwerenności, całkowicie zresztą fikcyjnej, w dalszym ciągu będzie tylko narzędziem cudzej myśli i woli, a więc także i cudzych interesów. Między tą sytuacją a tym, co nazywamy wolnością, leży przepaść. W nowej formie wrócą dawny ucisk i dawna niewola; tam zaś, gdzie jest niewola, tam jest nędza, zezwierzęcenie, prawdziwe zmaterializowanie społeczeństwa, zarówno klas uprzywilejowanych jak i mas.

Idealiści, nadając charakter boski rzeczom ludzkim, doprowadzają zawsze do zwycięstwa brutalnego materializmu. A to dla bardzo prostej przyczyny: to, co boskie, ulatnia się i wzbija się ku swej ojczyźnie, ku Niebu, a tylko to, co brutalne, pozostaje realnie na ziemi.

Tak jest, idealizm w teorii prowadzi z nieuniknioną konsekwencją do najbardziej brutalnego materializmu w praktyce; niewątpliwie nie dotyczy to tych, którzy głoszą idealizm w dobrej wierze - ci zresztą zwykle orientują się koniec końców, że wszystkie ich wysiłki okazały się bezowocne; dotyczy to tych, którzy usiłują wprowadzić swe reguły w życie w całym społeczeństwie, o ile ono daje się opanować przez idealistyczne doktryny.

Szereg dowodów historycznych potwierdza ten ogólny fakt, który na pierwszy rzut oka może się wydać dziwnym, lecz przy bliższym rozpatrzeniu tłumaczy się w sposób naturalny.

Porównajcie dwie ostatnie cywilizacje świata starożytnego: cywilizację grecką z cywilizacją rzymską. Która z nich ma bardziej materialistyczne, bardziej naturalne założenia, a bardziej humanitarnie-idealistyczne rezultaty? Cywilizacja grecka. Która zaś z nich jest w założeniu swoim bardziej abstrakcyjnie-idealistyczna, która poświęca materialną wolność człowieka idealnej wolności obywatela, reprezentowanej przez abstrakcyjną jurysdykcję, poświęca naturalny rozwój społeczeństwa ludzkiego abstrakcji Państwa; która z nich prowadzi do bardziej brutalnych konsekwencji? Bez wątpienia cywilizacja rzymska. To prawda, że cywilizacja grecka, jak wszystkie cywilizacje starożytne włącznie z rzymską, była wyłącznie narodową i że podwaliną jej było niewolnictwo. Lecz pomimo tych dwóch wielkich historycznych skaz ona pierwsza wysunęła i zrealizowała ideę człowieczeństwa; ona uszlachetniła i rzeczywiście wyidealizowała życie ludzkie; ona przeobraziła stada ludzkie w wolne stowarzyszenia wolnych ludzi; ona stworzyła nieśmiertelną naukę, sztukę, poezję i filozofię oraz elementarne pojęcie poszanowania człowieka przez wolność. Wraz z wolnością polityczną i społeczną stworzyła wolną myśl. I wystarczyło, by pod koniec średniowiecza, w epoce Odrodzenia, garstka emigrantów greckich przyniosła ze sobą niektóre ze swych nieśmiertelnych ksiąg do Włoch, żeby zmartwychwstało tam życie, wolność, myśl, człowieczeństwo, pogrzebane do tego czasu w ponurych mrokach katolicyzmu. Wyzwolenie człowieka - oto znamię cywilizacji greckiej. A imię cywilizacji rzymskiej? Jest nim podbój ze wszystkimi brutalnymi konsekwencjami. A jej ostatnie słowo? Wszechwładztwo cezarów. Poniżenie i niewolnictwo narodów i ludzi.

A co dziś jeszcze zabija, co niszczy brutalnie, materialnie wolność i człowieczeństwo we wszystkich krajach Europy? Zwycięstwo zasady cezaryzmu lub też zasady rzymskiej.

Porównajcie teraz dwie współczesne cywilizacje: cywilizację włoską z cywilizacją niemiecką. Pierwsza w swym ogólnym charakterze jest niewątpliwie materialistyczna, druga natomiast reprezentuje wszystko to, co najbardziej abstrakcyjne, najbardziej czyste i najbardziej transcendentne w idealizmie. Zobaczmy, jakie owoce przyniosła jedna i druga cywilizacja w praktyce.

Włochy oddały już kolosalne usługi w dziele ludzkiego wyzwolenia. One pierwsze w Europie wskrzesiły i zastosowały szeroko zasadę wolności, one pierwsze zwróciły ludzkości tytuły jej szlachectwa: przemysł, handel, poezję, sztukę, nauki pozytywne i wolną myśl. To prawda, że dławione w ciągu trzech stuleci przez despotyzm państwowy i papieski, unurzane w błocie przez swą stojącą u władzy burżuazję, dziś zdają się być niczym w porównaniu z tym, czym były kiedyś. A jednak jakaż różnica, gdy je porównać z Niemcami! Pomimo przejściowego, miejmy nadzieję, upadku Włoch można w nich żyć i oddychać po ludzku, żyć swobodnie wśród ludu, który wydaje się być dla wolności urodzonym. Nawet burżuazyjne Włochy mogą wam z dumą przedstawić takich ludzi, jak Mazzini i Garibaldi. W Niemczech dławi atmosfera skrajnego politycznego i społecznego niewolnictwa, które wielki naród filozoficznie wyjaśnił i przyjął dobrowolnie i ze świadomą biernością. Ich bohaterowie - mówię ciągle o współczesnych Niemczech, nie o Niemczech przyszłości, mówię o Niemczech junkierskich, biurokratycznych, politycznych i burżuazyjnych, nie o Niemczech proletariackich - ich bohaterowie są całkowitym przeciwstawieniem Mazziniego i Garibaldiego: dziś jest to Wilhelm I, okrutny i naiwny przedstawiciel protestanckiego Boga, są to pp. von Bismarck i von Moltke, generałowie Manteuffel i Werder. Odkąd Niemcy istnieją, prowadziły systematycznie w stosunkach międzynarodowych politykę zaborczą, zdobywczą, gotowe zawsze narzucić dobrowolnie przez siebie przyjęte jarzmo sąsiednim narodom; odkąd zaś stały się potęgą zjednoczoną - grożą niebezpiecznie wolności całej Europy. Imię Niemiec jest dzisiaj synonimem brutalnej i tryumfującej służalczości.

Wszystkie Kościoły chrześcijańskie, i oczywiście przede wszystkim Kościół apostolski i rzymski, mogą dostarczyć nam przykładu, jak nieustannie i nieuchronnie idealizm teoretyczny przekształca się w praktyczny materializm. Cóż może być bardziej wzniosłego w sensie idealnym, bardziej bezinteresownego, bardziej oderwanego od wszelkich spraw tej ziemi niż głoszona przez ten Kościół doktryna Chrystusa - i jakiż materializm może być bardziej brutalny od praktyki tegoż Kościoła, niezmiennej od ósmego stulecia, w którym rozpoczął budowę swej potęgi? Co było i jest jeszcze teraz przedmiotem wszystkich jego sporów z władcami Europy? Najpierw dobra doczesne, dochody kościelne, a następnie władza świecka, polityczne przywileje Kościoła. Należy oddać Kościołowi sprawiedliwość, iż on pierwszy w historii nowożytnej dokonał odkrycia tej niezaprzeczalnej, choć mało chrześcijańskiej prawdy, że bogactwo i siła, wyzysk ekonomiczny i polityczne ciemiężenie mas - są to dwie rzeczy nierozłącznie związane z panowaniem idei boskiej na ziemi: bogactwo, które wzmacnia i zwiększa władzę, władza, która odkrywa i stwarza coraz to nowe źródła bogactw, jedno i drugie łącznie zapewniające lepiej niż męczeństwo i wiara apostołów, a także lepiej niż łaska boża powodzenie chrześcijańskiej propagandy. Jest to prawda historyczna, z którą i Kościoły protestanckie również się liczą. Mówię to oczywiście o niezależnych Kościołach w Anglii, Ameryce i Szwajcarii, a nie o poddanych kontroli Kościołach w Niemczech. Kościoły w Niemczech nie mają wcale własnej inicjatywy; robią to, co ich panowie, ich władcy świeccy, będący zarazem ich przywódcami duchowymi, robić im każą. Jest rzeczą znaną, że propaganda protestancka, zwłaszcza w Anglii i Ameryce, wiąże się bardzo ściśle z propagandą uprawianą przez te dwa wielkie narody w sprawach materialnych i handlowych; wiadomo również, że ta protestancka propaganda nie ma na celu bynajmniej bogactwa i dobrobytu krajów, w które przenika, niosąc słowo boże, lecz ich eksploatację, która by wzbogaciła i podniosła dobrobyt pewnych klas bardzo pobożnych, lecz jednocześnie wyzyskujących lud w swym własnym kraju.

Słowem, opierając się na historii, nietrudno dowieść, że Kościół, że wszystkie Kościoły chrześcijańskie i niechrześcijańskie nigdy nie zaniedbywały - obok propagandy duchowej i prawdopodobnie także po to, aby przyspieszyć i wzmocnić swe sukcesy - organizowania się w wielkie stowarzyszenia mające na celu ekonomiczną eksploatację mas, eksploatację ich pracy, stowarzyszenia pozostające pod opieką oraz bezpośrednim i szczególnym błogosławieństwem jakiegoś bóstwa; że głównym celem wszystkich Państw - które, jak wiadomo, w swych początkach wraz ze wszystkimi swymi instytucjami politycznymi i prawnymi, panującymi i uprzywilejowanymi klasami stanowiły tylko świeckie filie różnych Kościołów - była ta sama eksploatacja na korzyść świeckich mniejszości, eksploatacja pośrednio uprawiana przez Kościół; i że w ogóle działanie dobrego Boga oraz wszystkich idei boskich na ziemi ostatecznie doprowadzało zawsze i wszędzie do tego, że materialna pomyślność drobnej garstki rosła na gruncie fanatycznego idealizmu stale głodujących mas.

To, co widzimy obecnie, jest tego nowym dowodem. Któż jest dzisiaj bardziej zaciekłym obrońcą idealizmu poza tymi wielkimi zbłąkanymi sercami i umysłami, o których już przedtem mówiłem? W pierwszym rzędzie wszystkie dwory panujących. We Francji był to Napoleon III i jego małżonka, pani Eugenia; byli to wszyscy jego eks-ministrowie, dworzanie i eks-marszałkowie, od Rouhera i Bazaine'a do Fleury'ego i Pietriego; są to mężczyźni i kobiety tego cesarskiego świata, którzy tak dobrze idealizowali i ratowali Francję. Są to jego dziennikarze oraz jego uczeni: Cassagnakowie, Girardinowie, Duvernoisowie, Veuillotowie, Laverrierowie, Dumasowie. To wreszcie czarna falanga jezuitów i jezuitek wszelkiego pokroju; to cała szlachta oraz cała wielka i średnia burżuazja Francji. Do tych obrońców idealizmu należą także doktrynerzy liberalni oraz liberałowie bez doktryny: Guizotowie, Thiersowie, Jules Favre'owie, Pelletanowie i Jules Simonowie - wszyscy zacięci obrońcy burżuazyjnego wyzysku. W Prusach, w Niemczech - Wilhelm I, prawdziwy współczesny przedstawiciel Pana Boga na ziemi, oraz wszyscy jego generałowie, wszyscy pomorscy i inni oficerowie, cała jego armia, która, silna swą wiarą religijną, podbiła właśnie Francję, a wiadomo, jak "idealne" były jej metody. W Rosji to car i cały jego dwór; to Murawjowowie i Bergowie, ci wszyscy, którzy mordowali i pobożnie nawracali Polskę. Słowem, wszędzie idealizm religijny lub filozoficzny, jeden bowiem oznacza mniej więcej to samo co drugi, służy dziś za sztandar materialnej, krwiożerczej i brutalnej siły, materialnego bezwstydnego wyzysku; gdy tymczasem sztandar teoretycznego materializmu, czerwony sztandar równości ekonomicznej i sprawiedliwości społecznej, wznoszony przez praktyczny idealizm uciemiężonych i wygłodzonych mas, dąży do realizacji jak największej wolności i humanitarnego prawa, z których korzystałaby każda jednostka zbratana ze wszystkimi ludźmi na ziemi.

Któż, więc jest prawdziwym idealistą, idealistą nie abstrakcyjnym, lecz realnym, nie niebieskim, lecz ziemskim, a kto materialistą?

Jest rzeczą oczywistą, że zasadniczą własnością teoretycznego czy boskiego idealizmu jest to, że składa on w ofierze logikę, rozum ludzki, wyrzeka się nauki. Z drugiej strony widać, że każdy, kto broni doktryn idealistycznych, jest siłą rzeczy wciągnięty do obozu ciemięzców i wyzyskiwaczy mas ludowych. Te dwie przyczyny - zdawałoby się - powinny wystarczyć, by zniechęcić do idealizmu każdy wielki umysł, każde wielkie serce. Jak to się więc dzieje, że nasi znakomici współcześni idealiści, którym na pewno nie brak ani rozumu, ani serca, ani dobrej woli, którzy całe swe życie oddali służbie dla ludzkości, uparcie tkwią w szeregach przedstawicieli tej obecnie potępionej i zniesławionej doktryny?

Muszą ich do tego skłaniać poważne przyczyny. Nie wpłynęła na nich ani logika, ani nauka, ponieważ logika i nauka wydały wyrok na doktrynę idealistyczną. Nie mogą mieć także na celu korzyści osobistych, ponieważ stoją ponad wszystkim, co nosi miano osobistej korzyści. Musi to więc być ważka przyczyna natury moralnej. Ale jaka? Może być tylko jedna: bez wątpienia ci znakomici ludzie myślą, że teorie czy wierzenia idealistyczne są istotnie niezbędne, aby utrzymać godność i moralną wyższość człowieka, natomiast teorie materialistyczne sprowadzają go do zwierzęcego poziomu.

A jeżeli w rzeczywistości jest odwrotnie?

Każdy rozwój - jak powiedziałem - mieści w sobie negację punktu wyjścia. Jeżeli punkt wyjścia - według szkoły materialistycznej - jest materialny, to jego negacja musi być koniecznie idealna. Wychodząc od całości świata realnego, czyli tej abstrakcji, którą nazywa się materią, materializm logicznie dochodzi do rzeczywistego idealizmu, to znaczy do humanizacji, do pełnego i całkowitego wyzwolenia społeczeństwa. Tymczasem z tej samej przyczyny szkoła idealistyczna wychodząc od ideału dochodzi z konieczności do zmaterializowania społeczeństwa, do zorganizowania brutalnego despotyzmu oraz niesprawiedliwego i nikczemnego wyzysku pod postacią Kościoła i Państwa. Według szkoły materialistycznej historyczny rozwój człowieka jest ciągłym wznoszeniem się, w systemie idealistycznym jest tylko ciągłym upadkiem.

Niezależnie od tego, które z zagadnień dotyczących człowieka weźmie się pod rozwagę, zawsze staniemy wobec tej samej sprzeczności zachodzącej między stanowiskami obu szkół. A więc - jak już mówiłem - materializm wychodzi od zwierzęcości, aby ustanowić człowieczeństwo; idealizm wychodzi od boskości, aby ustanowić niewolnictwo i skazać masy ludzkie na zwierzęcość, z której nie ma wyjścia. Materializm neguje wolną wolę i prowadzi do ustanowienia wolności; idealizm głosi w imię godności ludzkiej zasadę wolnej woli i na ruinach wszelkiej wolności buduje władzę. Materializm odrzuca zasadę władzy, ponieważ uważa - z całą słusznością - że jest ona ukoronowaniem zwierzęcości, i wbrew idealistom twierdzi, że zwycięstwo człowieczeństwa, które jest według niego celem i głównym sensem historii, może być zrealizowane jedynie przez wolność. Słowem, jakiekolwiek zagadnienie będziecie rozpatrywali, zawsze schwytacie idealistów na gorącym uczynku urzeczywistniania w praktyce materializmu; ujrzycie natomiast, że materialiści zmierzają do realizacji najbardziej idealnych dążeń i myśli.

Jak już powiedziałem, w systemie idealistycznym dzieje mogą być traktowane tylko jako ciągły upadek. Początek dziejów to straszliwy upadek i z niego nigdy się idealiści nie podźwigną: od bożego salto mortale z podniosłych sfer czystej, absolutnej Idei w materię. I zauważcie jeszcze, w jaką materię: nie w tę materię odwiecznie aktywną i ruchomą, pełną właściwości i sił, życia i rozumu, którą obserwujemy w świecie realnym; ale w materię abstrakcyjną, wyjałowioną i sprowadzoną do absolutnej nędzy na skutek systematycznego plądrowania tych Prusaków myśli, to jest teologów i metafizyków, którzy wszystko zrabowali, aby wszystko dać swemu cesarzowi, swemu Bogu; w tę materię, która, pozbawiona wszelkiej własności, wszelkiego działania i wszelkich ruchów jej właściwych, przedstawia się, w przeciwieństwie do idei boskiej, tylko jako absolutna głupota, nieprzenikliwość, bierność i bezwład.

Upadek jest tak straszny, że Bóstwo, boska osoba czy idea płaszczy się, traci świadomość samej siebie i nigdy już odnaleźć siebie nie może. I w tym tak rozpaczliwym położeniu jest jeszcze zmuszona czynić cuda! Z chwilą bowiem gdy materia jest bierna, wszystkie zmiany zachodzące w świecie, nawet najbardziej materialne, są cudem, nie mogą być niczym innym, tylko wynikiem boskiej interwencji, wynikiem oddziaływania Boga na materię. I oto to biedne Bóstwo, zdegradowane i prawie unicestwione na skutek swego upadku, pozostaje w stanie omdlenia w ciągu kilku tysięcy wieków, po czym z wolna się budzi, usiłując daremnie odzyskać jakieś niejasne choćby wspomnienie o sobie samym; i każda zmiana, jaką ono wprowadza w tym celu do materii, staje się tworem, nową formacją, nowym cudem. W ten sposób Bóstwo przechodzi przez wszystkie stopnie materialności i zwierzęcości; najpierw jako gaz, ciało chemiczne, proste lub złożone, jako minerał, po czym rozprzestrzenia się na ziemi jako organizm roślinny i zwierzęcy, następnie koncentruje się w człowieku. Tutaj powinno by siebie - jak się wydaje - odnaleźć, ponieważ w każdej istocie ludzkiej wznieca iskrę anielską, cząstkę swojej własnej boskiej istoty - duszę nieśmiertelną.

Jak mu się udało umieścić rzecz absolutnie niematerialną w rzeczy absolutnie materialnej; w jaki sposób ciało może w sobie zawrzeć, zamknąć, ograniczyć i paraliżować czystego ducha? Oto jeszcze jedno pytanie, które rozstrzygnąć może tylko wiara, ta namiętna i głupia afirmacja niedorzeczności. Jest to największy z cudów. W tym względzie nie mamy nic innego do roboty niż konstatować skutki, praktyczne konsekwencje tego cudu.

Po upływie tysięcy wieków, podczas których daremnie usiłowało powrócić do siebie, Bóstwo, zgubione i rozproszone w ożywionej i wprowadzonej przez się w ruch materii, znajduje wreszcie punkt oparcia, rodzaj ogniska pozwalającego mu się skoncentrować. Tym punktem jest człowiek, jego nieśmiertelna dusza uwięziona w osobliwy sposób w śmiertelnym ciele. Ale każdy człowiek wzięty z osobna jest zbyt ograniczony, zbyt mały, żeby objąć bezmiar boskości; on może zawrzeć w sobie tylko niezmiernie drobną cząstkę, nieśmiertelną jak Całość, lecz nieskończenie mniejszą od Całości. Z tego wynika, że Istota boska, Istota absolutnie niematerialna, Duch, jest tak samo podzielna jak materia. Oto jeszcze jedna tajemnica, którą trzeba pozostawić do rozwiązania wierze.

Gdyby Bóg mógł się pomieścić w całości w każdym człowieku, każdy człowiek byłby Bogiem. Istniałoby mnóstwo Bogów; każdy z nich byłby ograniczony przez pozostałych, będąc jednocześnie nieskończonym; sprzeczność, która prowadzi nieuchronnie do wzajemnego unicestwiania się ludzi, implikując niemożliwość istnienia większej liczby ludzi ponad jednego człowieka. Co zaś do cząstek - to jest rzecz inna: istotnie, twierdzenie, że jedna część jest ograniczona przez inną i że jest o wiele mniejsza niż jej całość, uważam za jak najbardziej racjonalne. A jednak występuje tutaj inna sprzeczność. Być przez coś ograniczonym, być większym
i być mniejszym - są to własności materii, nie ducha. Niewątpliwie w rozumieniu materialistów mogą one stanowić własność ducha, ponieważ według nich realnie istniejący duch to tylko funkcja całkowicie materialnego organizmu człowieka; tak więc wielkość lub małość ducha zależy absolutnie od większej lub mniejszej materialnej doskonałości ludzkiego organizmu. Ale tych samych własności ograniczenia i względnej wielkości nie można przypisywać duchowi w rozumieniu idealistów, duchowi całkowicie niematerialnemu, duchowi istniejącemu poza wszelką materią. Tam nie może być ani większych, ani mniejszych, nie mogą istnieć żadne granice między duchami, ponieważ jest tylko jeden Duch - Bóg. Gdy się ponadto twierdzi, że nieskończenie małe i ograniczone części stanowiące dusze ludzkie są jednocześnie nieśmiertelne, doprowadza się sprzeczność do szczytu. Lecz to są już kwestie wiary. Idźmy dalej.

Takie, więc oto jest Bóstwo, rozdarte i rozmieszczone w nieskończenie małych cząstkach w olbrzymiej ilości istot obydwu płci, wszelkiego wieku, wszelkich ras i wszelkich kolorów. Tego rodzaju położenie nie jest dla niego wcale dogodne i pomyślne; w pierwszym bowiem czasie swego ludzkiego istnienia cząstki boskości tak rzadko się rozpoznają, iż zaczynają pożerać się wzajemnie. Jednakże w tym stanie barbarzyństwa i zupełnie zwierzęcej brutalności cząstki boskości, dusze ludzkie, zachowują mgliste wspomnienie swojej pierwotnej boskości, w hamowany sposób przyciąga je Całość; szukają siebie, szukają swojej Całości. Samo Bóstwo rozproszone i zagubione w świecie materialnym szuka siebie w ludziach; do tego jednak stopnia zniweczyła je owa wielka liczba więzień ludzkich, w których zostało rozsiane, że chcąc siebie odnaleźć, popełnia mnóstwo niedorzeczności.

Rozpoczęło od fetyszyzmu i starając się siebie odnaleźć, ubóstwiało samo siebie to w jakimś kamieniu, to w jakimś kawałku drewna, to znowu w szmatce. I jest rzeczą bardzo prawdopodobną, że nigdy by się ze szmatki nie wydostało, gdyby nie litość nad nim innego Bóstwa, które się nie oblekło w materię, lecz pozostało w stanie czystego ducha na wzniosłych wyżynach absolutnego ideału lub w sferach niebiańskich.

Oto nowa tajemnica. Tajemnica Bóstwa rozpadającego się na dwie połowy, z których obie są zarazem całością i nieskończonością i z których jedna - Bóg-Ojciec - pozostała w sferze czystej niematerialności, druga zaś - Bóg-Syn - pozwoliła się oblec w materię. Zobaczymy, że te dwa Bóstwa, oddzielone od siebie, znajdują się w stałych stosunkach od góry ku dołowi i od dołu ku górze; i że te stosunki, traktowane jako jeden akt odwieczny i ciągły, określają Ducha Świętego. Oto czym jest w swym prawdziwym teologicznym i metafizycznym sensie ta wielka, straszna tajemnica chrześcijańskiej Świętej Trójcy.

Lecz porzućmy czym prędzej wyżyny i zobaczymy, co się dzieje na ziemi.

Bóg-Ojciec z wysokości swego odwiecznego majestatu widząc, że ów biedny Bóg-Syn, zmiażdżony i ogłuszony swym upadkiem, pogrążył się i zagubił w materii do tego stopnia, że nawet w stanie ludzkim nie zdołał siebie odnaleźć - postanowił mu wreszcie przyjść z pomocą. Spośród tej olbrzymiej ilości nieśmiertelnych, boskich i jednocześnie nieskończenie małych cząstek, w których Bóg-Syn rozdrobnił się tak dalece, że już siebie nie mógł w nich rozpoznać, Bóg-Ojciec wybrał niektóre, budzące w nim największe upodobanie, i uczynił z nich swoich natchnionych proroków, swoich "ludzi genialnie cnotliwych", wielkich dobroczyńców i prawodawców ludzkości: Zaratustrę, Buddę, Mojżesza, Konfucjusza, Likurga, Solona, Sokratesa, boskiego Platona, a nade wszystko Jezusa Chrystusa, całkowitą realizację Boga-Syna, skupionego wreszcie i ześrodkowanego w jednej postaci ludzkiej; także wszystkich apostołów, świętego Piotra, świętego Pawła, a zwłaszcza świętego Jana; Konstantym Wielkiego, Mahometa, następnie Karola Wielkiego, Grzegorza VII, Dantego, a zdaniem niektórych także Lutra, Voltaire'a i Rousseau, Robespierre'a i Dantona oraz wielu innych wielkich i świętych osobistości historycznych, czyich imion niepodobna tu przytoczyć, lecz do których ja, jako Rosjanin, proszę nie zapomnieć włączyć świętego Mikołaja.

***

Tak więc doszliśmy do kwestii objawienia się Boga na ziemi. Lecz wraz z pojawieniem się Boga człowiek został unicestwiony. Powiedzą mi, że wcale się nie unicestwił, skoro jest cząstką Boga. Przepraszam! Przyznaję, że cząstka, że część pewnej określonej, ograniczonej całości, choćby była nie wiadomo jak mała, stanowi pewną ilość, pewną wielkość pozytywną. Ale część, ale cząstka wielkości nieskończonej jest bezsprzecznie w porównaniu z całością nieskończenie mała. Pomnóżcie miliardy miliardów przez miliardy miliardów, ich iloczyn będzie, w porównaniu z nieskończoną wielkością, nieskończenie mały, a nieskończenie małe równa się zeru. Bóg jest wszystkim, a więc człowiek i z nim cały świat realny, wszechświat, jest niczym. Innego wyjścia nie ma.
Bóg się zjawia, człowiek się unicestwia; a im Bóstwo staje się większe, tym ludzkość nędzniejsza. Oto jest historia wszystkich religii; oto rezultat wszystkich inspiracji i wszystkich prawodawstw boskich. W historii imię Boga odgrywa rolę straszliwej dziejowej maczugi, za pomocą, której ludzie przez Boga natchnieni, wielcy "cnotliwi geniusze" zburzyli wolność, godność, rozum i pomyślność ludzką.

Na początku był upadek Boga. Teraz obserwujemy upadek, który nas bardziej interesuje, upadek człowieka, którego przyczyną jest samo zjawienie się czy objawienie Boga na ziemi.

Oto w jak głębokim błędzie pogrążeni są nasi drodzy i znakomici idealiści. Mówiąc nam o Bogu, pragną i wierzą, że nas podniosą, wyzwolą, uszlachetnią, tymczasem gnębią nas i upokarzają. Wyobrażają sobie, że w imię Boga mogą ustanowić braterstwo między ludźmi, gdy tymczasem tworzą pychę, pogardę, sieją niezgodę, nienawiść, wojnę, ugruntowują niewolnictwo. Albowiem wraz z pojęciem Boga wprowadza się niezawodnie rozmaite stopnie inspiracji boskiej; ludzkość dzieli się na bardzo natchnionych, na mniej natchnionych i tych, którzy nie zostali natchnieni. Wszyscy razem są niczym wobec Boga; gdy jednak porównamy ich między sobą, okaże się, że jedni są więksi od drugich; jest to nie tylko nic nie znacząca nierówność faktyczna, ta bowiem zatraca się w zbiorowości sama przez się, o ile nie znajduje w niej niczego, żadnej fikcji czy uprawnionej instytucji, której mogłaby się uczepić; nie, jedni stają się więksi od innych na skutek boskiego prawa inspiracji: ono natychmiast ustanawia nierówność trwałą, ciągłą i niezmienną jak kamień. Ci bardziej natchnieni powinni budzić posłuch i uległość wśród mniej natchnionych; ci mniej natchnieni - u tych nie natchnionych. Oto zasada dobrze ustanowionej władzy, a wraz z nią dwóch fundamentalnych instytucji niewolnictwa: Kościoła i Państwa.

Spośród wszystkich despotyzmów najgorszym jest despotyzm doktrynerów albo ludzi natchnionych przez religię. Dbają oni tak o chwałę swego Boga i o zwycięstwo swej idei, że nie starcza im serca ani dla wolności, ani dla godności, ani nawet dla cierpienia żywych, rzeczywistych ludzi. Pod wpływem gorliwości w stosunku do Boga, przez zaprzątnięcie umysłów ideą w najbardziej czułych duszach, najbardziej współczujących sercach wysychają źródła miłości ludzkiej. Rozpatrując wszystko, co istnieje, wszystko, co zachodzi w świecie z punktu widzenia wieczności lub też abstrakcyjnej idei, zaczynają traktować pogardliwie rzeczy przemijające; ale wszak całe życie realnie istniejących ludzi z krwi i kości składa się tylko z przemijających rzeczy; sami ludzie są istotami, które mijają, i gdy już raz przeminą, zostaną zastąpieni przez inne istoty także przemijające, we własnej zaś osobie nie powrócą nigdy. Tym, co jest trwałe i względnie wieczne w rzeczywistych ludziach, jest fakt człowieczeństwa, które stale się rozwija i coraz bogatsze przechodzi z pokolenia na pokolenie. Mówię: względnie wieczne, skoro bowiem nasza planeta ulegnie zniszczeniu - a nie omieszka wcześniej czy później zginąć, albowiem każda rzecz mająca początek musi mieć niechybnie i koniec - skoro więc nasza planeta ulegnie rozkładowi, stając się niewątpliwie elementem nowego ciała w systemie wszechświata, jedynym systemie istotnie wiecznym, kto wie, co się stanie z całym naszym rozwojem ludzkim. Ponieważ jednak moment tego rozkładu jest niezmiernie od nas odległy, możemy doskonale traktować ludzkość jako wieczną w stosunku do tak krótkiego życia ludzkiego. Lecz sam fakt postępu ludzkości jest realny i żywy o tyle tylko, o ile przejawia się i realizuje w określonym czasie, w określonym miejscu, w ludziach realnie żyjących, a nie w ogólnej idei.

***

Idea ogólna jest zawsze abstrakcją i przez to samo pewnego rodzaju zaprzeczeniem życia realnego. W Dodatku stwierdziłem, że myśl ludzka, a w konsekwencji także i nauka, posiada tę właściwość, iż w faktach realnych może uchwycić i określić tylko ich sens ogólny, ich ogólne stosunki, ich prawa ogólne; słowem, to, co jest stałe w ciągłych przekształceniach rzeczy, natomiast nigdy nie może uchwycić ich strony materialnej, jednostkowej i - żeby tak powiedzieć - tętniącej realnością i życiem, a przez to samo przelotnej i nieuchwytnej. Nauka zawiera myśl o realności, ale nie samą realność, myśl o życiu, ale nie samo życie. Oto jej granica, jedyna granica naprawdę nieprzekraczalna, uwarunkowana bowiem samą naturą myśli ludzkiej, będącej jedynym narzędziem nauki.

Z natury myśli wynikają bezsporne prawa nauki oraz jej wysokie posłannictwo, lecz jednocześnie i niemoc życiowa, a nawet jej szkodliwe działanie za każdym razem, gdy przez swych oficjalnych, patentowanych przedstawicieli przywłaszcza sobie prawo rządzenia życiem. Posłannictwo nauki jest takie: stwierdza ona, jakie ogólne stosunki zachodzą pomiędzy rzeczami przemijającymi i realnymi, bada ogólne prawa dotyczące rozwoju zjawisk zarówno świata fizycznego, jak społecznego - i w ten sposób, że tak powiem - wbija trwałe słupy milowe na drodze postępu ludzkości. Ona ukazuje ludziom te ogólne warunki, których ścisłe przestrzeganie jest niezbędne, a których nieznajomość czy niepamięć prowadzą zawsze do fatalnych skutków. Słowem, nauka jest busolą życia, ale życiem nie jest. Nauka jest niezmienna, nieosobowa, ogólna, abstrakcyjna, obojętna, jak prawa, których jest tylko idealnym, refleksyjnym czy myślowym, to jest mózgowym odtworzeniem (pamiętajmy, że sama nauka jest tylko materialnym wytworem materialnego organu materialnego organizmu człowieka, mózgu). Życie jest krótkotrwałe i przejściowe, lecz tętni realnością i indywidualnością, wrażliwością, cierpieniem, radością, dążeniami, potrzebami i namiętnościami. Tylko życie samorzutnie stwarza rzeczy i wszystkie realne byty. Nauka nic nie stwarza, stwierdza tylko i uznaje to, co życie stworzyło.

Za każdym razem, kiedy ludzie nauki, opuszczając swój świat abstrakcji, mieszają się do istot żyjących w świecie realnym, wszystko, co proponują i co tworzą, jest ubogie, śmiesznie abstrakcyjne, pozbawione krwi i życia, poronione, podobne homunculusowi stworzonemu przez Wagnera, pedantycznego ucznia nieśmiertelnego doktora Fausta. Z tego wynika, że posłannictwo nauki polega jedynie na objaśnianiu życia, lecz nie na rządzeniu nim.

Rządy nauki oraz ludzi nauki, choćby ci ludzie nazywali się nawet pozytywistami, zwolennikami Augusta Comte'a, choćby byli uczniami doktrynerskiej szkoły komunizmu niemieckiego - byłyby to rządy bezsilne, śmieszne, nieludzkie, okrutne, ciemiężcze, wyzyskujące, szkodliwe. O ludziach nauki, jako takich, można powiedzieć to, co powiedziałem o teologach i metafizykach: oni nie mają zrozumienia ani serca dla istot indywidualnych i żywych. Nie można nawet robić im z tego powodu zarzutu, ponieważ jest to naturalną konsekwencją ich zawodu. Jako ludzie nauki, mogą zajmować się, mogą się interesować tylko uogólnieniami; prawami [...] (8).

[...] nie są oni wyłącznie naukowcami, są także w mniejszym lub większym stopniu ludźmi życiowymi.

Przypisy

6) Przed sześciu czy siedmiu laty słyszałem w Londynie p. Louis Blanca wypowiadającego tę samą niemal myśl: "Najlepszą formą rządu - powiedział mi - byłaby taka forma, dzięki której powoływano by zawsze we wszystkich sprawach ludzi genialnych, pełnych cnoty.

7) Zapytałem raz Mazziniego, jakie zamierza się przedsięwziąć środki, aby wyzwolić lud, gdy już jego zwycięska zjednoczona republika będzie ostatecznie utworzona. "Przede wszystkim - odpowiedział - należy założyć szkoły dla ludu. A czego w tych szkołach będzie się lud uczył? Obowiązków człowieka, ofiary i poświęcenia". Skąd jednak weźmiecie dostateczną ilość profesorów, wykładających tego rodzaju przedmioty, wszakże nikt nie ma prawa ani możności nauczania, jeśli sam nie świeci przykładem? A czyż liczba ludzi, którzy znajdują najwyższą przyjemność w ofierze i poświęceniu, nie jest bardzo ograniczona? Ci, którzy poświęcają się służbie wielkiej idei, posłuszni wzniosłej ambicji i zaspokajając tą osobistą ambicją, bez czego samo życie nie miałoby dla nich żadnej wartości - ci ludzie mają zazwyczaj wiele ważniejszych spraw niż tworzenie ze swego działania doktryny. Natomiast ci, którzy tworzą doktrynę, zapominają najczęściej o przekształceniu jej na działanie z tej prostej przyczyny, że doktryna zabija życie, zabija żywą spontaniczność działania. Tacy ludzie jak Mazzini, którzy umieli doktrynę i działanie zespolić w jedną cudowną całość, są nader rzadkimi wyjątkami. Chrystianizm miał także wielkich ludzi, ludzi świętych, którzy czynili rzeczywiście lub przynajmniej z całą pasją usiłowali czynić wszystko to, co głosili, i których serca, przepełnione miłością, pełne były pogardy dla rozkoszy i dóbr tego świata. Ale ogromna większość księży katolickich i protestanckich, którzy zgodnie z zawodem głosili i głoszą doktrynę czystości, wstrzemięźliwości i wyrzeczenia, przykładem swoim zadawała na ogół kłam swej doktrynie. Nie bez powodu, lecz na skutek wielowiekowego doświadczenia zrodziły się wśród ludów wszystkich krajów takie oto powiedzenia: rozpustny jak ksiądz; łakomy jak ksiądz; ambitny jak ksiądz; chciwy, interesowny jak ksiądz. Zostało wszak stwierdzone, że księża, nauczyciele cnót chrześcijańskich, uświęceni przez Kościół, u ogromnej większości postępowali odwrotnie w stosunku do tego, co głosili. Już sam ten fakt, sama jego powszechność dowodzi, że nie należy obciążać winą jednostek, lecz winić sytuację społeczną, w jakiej znalazły się te jednostki, sytuację, która jest w istocie nie do zniesienia i zawiera sprzeczność wewnętrzną. W położeniu księdza chrześcijańskiego tkwi podwójna sprzeczność. Przede wszystkim istnieje sprzeczność między doktryną wstrzemięźliwości i wyrzeczenia a pozytywnymi dążeniami i potrzebami natury ludzkiej, dążeniami i potrzebami, które w pewnych indywidualnych przypadkach, zawsze bardzo rzadkich, mogą być ustawicznie tłumione, ograniczone, a nawet całkowicie unicestwione dzięki stałemu wpływowi jakiejś silnej intelektualnej czy moralnej pasji; o dążeniach tych i potrzebach można w pewnych momentach zbiorowej egzaltacji zapomnieć, może je na jakiś czas zaniedbać jednocześnie znaczna ilość ludzi; są one jednakże nieodłączne od natury ludzkiej, zawsze upomną się o swe prawa i w końcu, gdy hamuje się ich regularne i normalne zaspokajanie - znajdą dla siebie ujście w sposób szkodliwy i zwyrodniały. Jest to prawo naturalne, a więc nieodwracalne, prawo, które obejmuje nieuchronnie swym zgubnym działaniem wszystkich duchownych chrześcijańskich, a zwłaszcza księży Kościoła rzymskokatolickiego. Prawo to nie może dotyczyć profesorów Szkoły, to jest księży Kościoła współczesnego, o ile ich także nie zobowiąże się do głoszenia wstrzemięźliwości i wyrzeczenia w duchu chrześcijańskim.

Ale istnieje inna sprzeczność w położeniu zarówno jednych, jak i drugich. Sprzeczność ta jest związana z tytułem i z samą pozycją władcy, który rozkazując, uciskając i wyzyskując postępuje zupełnie logicznie i naturalnie. Natomiast władca, który poświęca się dla ludzi podporządkowanych mu na skutek jego przywilejów boskich czy ludzkich, jest istotą pełną sprzeczności i wręcz nierealną. Tak stwarza się obłudę, której doskonałym ucieleśnieniem jest papież, podający się za najniższego sługę sług bożych - i dla udokumentowania tych słów, idąc za przykładem Chrystusa, raz na rok myje nawet stopy dwunastu żebrakom rzymskim - papież, który w istocie uważa się za wikariusza Pana Boga, za absolutnego i nieomylnego władcę świata. Czyż trzeba przypominać, że duchowni wszystkich Kościołów dalecy byli od poświęceń i trzodę powierzoną ich pieczy zawsze składali w ofierze, wyzyskiwali, dążąc do tego, by pozostała tylko trzodą, gdyż w ten sposób zaspokajali swe własne osobiste ambicje, a także oddawali usługi wszechmocnemu Kościołowi? W identycznych warunkach z identycznych przyczyn wynikają zawsze identyczne rezultaty. To samo czeka profesorów współczesnej Szkoły, natchnionych przez Boga i patentowanych przez Państwo. Nie ulega wątpliwości, że będą oni - jedni bezwiednie, inni z całą świadomością rzeczy - nauczać doktryny, według której lud musi się poświęcać na korzyść potęgi Państwa oraz na korzyść klas uprzywilejowanych.

Czyż więc należy znieść w społeczeństwie całe nauczanie i usunąć wszystkie szkoły? Nie, bynajmniej, trzeba pełnymi rękami siać wiedzę wśród mas i trzeba wszystkie kościoły, wszystkie świątynie poświęcone chwale boskiej i niewolnictwu ludzi przerobić na szkoły wyzwolenia człowieka. Ale przede wszystkim musimy zrozumieć, że szkoły we właściwym tego słowa znaczeniu w normalnym społeczeństwie, opartym na równości i na poszanowaniu wolności ludzkiej, powinny być przeznaczone tylko dla dzieci, a nie dla dorosłych; aby zaś stały się szkołami wyzwolenia, nie niewolnictwa, trzeba będzie przede wszystkim usunąć z nich tę fikcję Boga, odwiecznego i bezwzględnego ujarzmiciela; trzeba, aby cale wychowanie i nauczanie dzieci zmierzało do rozwoju ich rozumu przez naukę, a nie do rozwoju wiary; by opierało się na potęgowaniu w nich godności i niezależności, a nie potęgowaniu pobożności i posłuszeństwa; na wpajaniu kultu prawdy i sprawiedliwości za wszelką cenę, a przede wszystkim na wpajaniu szacunku dla ludzi, który powinien we wszystkim i wszędzie zastąpić kult Boga. Naturalnym punktem wyjścia w wychowaniu dzieci jest zasada autorytetu; jest ona usprawiedliwiona, a nawet konieczna, wówczas gdy wychowujemy zupełnie małe dzieci, których rozum jest zgoła jeszcze nierozwinięty; ponieważ jednak każdy rozwój, a więc także i wychowanie zawiera w sobie kolejne negacje punktu wyjścia, to zasada autorytetu powinna stopniowo się zwężać, tak by wychowywane i uczone dzieci posuwając się naprzód zyskiwały coraz większą swobodę. Racjonalne wychowanie polega w gruncie rzeczy na tym tylko, że stopniowo zasada autorytetu ustępuje na korzyść idei wolności; ostatecznym celem wychowania powinno być kształtowanie ludzi wolnych, miłujących wolność i pełnych szacunku dla wolności innych. Toteż pierwszy dzień życia szkolnego, o ile szkoła przyjmuje zupełnie małe dzieci, które umieją zaledwie wyjąkać kilka wyrazów, musi być dniem największego autorytetu i niemal zupełnego braku wolności; natomiast ostatni dzień szkolny winien przynieść jak najwięcej wolności i absolutnie zacierać wszelkie ślady zwierzęcej czy boskiej zasady autorytetu.

Stosować zasadę władzy względem ludzi, którzy przeszli czy też osiągnęli pełnoletność, jest rzeczą potworną, jawną negacją człowieczeństwa, źródłem niewolnictwa oraz intelektualnej i moralnej demoralizacji. Niestety, ojcowskie rządy pozwoliły jednak masom ludowym spleśnieć w tak głębokim nieuctwie, że trzeba będzie zakładać szkoły nie tylko dla dziatwy ludu, lecz także i dla samego ludu. Z tych szkół należy Jednak całkowicie usunąć najmniejsze nawet próby stosowania lub wszelkie przejawy zasady władzy. To już nie będą szkoły, lecz akademie ludowe, w których nie będzie mogło być mowy ani o uczniach, ani o nauczycielach; lud będzie tutaj swobodnie przychodził po wolną naukę, o ile uzna to za potrzebne, a sam, bogaty w doświadczenie, będzie z kolei mógł wielu rzeczy nauczyć profesorów, biorąc od nich te wiadomości, Jakich sam nie posiada. Będzie to więc wzajemne nauczanie, akt intelektualnego braterstwa między wykształconą młodzieżą i ludem.

Prawdziwą szkołą dla ludu i dla wszystkich dojrzałych ludzi jest życie. Natomiast w społeczeństwie ugruntowanym na równości i solidarności, na wolności i na poszanowaniu człowieka oraz na wzajemnym szacunku wszystkich jego członków - w społeczeństwie tym jedynym wielkim i wszechpotężnym autorytetem naturalnym i racjonalnym zarazem, jedynym, jaki moglibyśmy szanować, jest kolektywny i powszechny rozum. Jest to autorytet bynajmniej nie boski, lecz całkowicie ludzki, przed którym jednak chętnie schylimy głowy, mając pewność, że on nie tylko nie ujarzmi człowieka, lecz go wyzwoli.

Bądźcie pewni, że ten autorytet będzie tysiąc razy potężniejszy aniżeli wszystkie wasze władze boskie: teologiczna, metafizyczna, polityczna i prawna, władze ustanowione przez Kościół i Państwo; ten autorytet będzie miał większą potęgę niż wasze kodeksy karne, wasi dozorcy więzienni i wasi kaci.
Siła zbiorowych uczuć i opinia publiczna już dziś jest bardzo poważna. Nawet ludzie zdolni do zbrodni rzadko ośmielają się stawiać tej opinii czoło i jawnie ją obrażać. Starają się ją oszukać, ale także starają się usilnie, by jej nie pogwałcić, chyba że czują oparcie przynajmniej w jakiejś mniejszości. Żaden człowiek, choćby uważał się za nie wiadomo jak silnego, nie ma siły znieść jednomyślnej pogardy społeczeństwa, żaden człowiek nie potrafi żyć nie czując oparcia w uznaniu i szacunku przynajmniej pewnej części tego społeczeństwa. Człowieka takiego muszą ożywiać głębokie i bardzo szczere przekonania, by zdobył się na odwagę i stanął w opozycji przeciwko wszystkim; nigdy odwagi tej nie posiądzie egoista, człowiek zdemoralizowany 1 tchórzliwy.

Fakt ten, który każdy z nas codziennie może stwierdzać obserwując samego siebie i wszystkich znanych mu ludzi, jest najlepszym dowodem istnienia naturalnej i koniecznej solidarności, tego prawa towarzyskości, które łączy wszystkich ludzi. Jeżeli jednak owa siła społeczna istnieje, to dlaczegóż nie zdołała dotychczas umoralnić, zhumanizować ludzi? Odpowiedź na to pytanie jest zupełnie prosta: dlatego, że ona sama nie została dotychczas zhumanizowana; a nie została zhumanizowana dlatego, że życie społeczne, którego jest zawsze wiernym wyrazem, jest oparte - jak wiadomo - na kulcie boskim, a nie na poszanowaniu człowieka; na władzy, nie na wolności; na przywilejach, nie na równości; na wyzysku, nie na braterstwie ludzi; na niesprawiedliwości i kłamstwie, nie na sprawiedliwości i prawdzie. A więc realne działanie owej siły społecznej, pozostające zawsze w sprzeczności z humanitarnymi teoriami, jakie głosi, wywierało zamiast wpływu moralnego - tylko wpływ zgubny i demoralizujący. Taka siła nie niweczy wad i przestępstw - ona je stwarza. A więc jej władza jest władzą boską, przeciwludzką; jej wpływ jest szkodliwy i zgubny.

Chcecie, by stal się dobroczynny i ludzki? Dokonajcie rewolucji socjalnej. Sprawcie, żeby wszyscy solidarnie mogli dążyć do zaspokojenia wszystkich potrzeb, żeby zainteresowania materialne i społeczne poszczególnych jednostek stały się zgodne z ludzkimi obowiązkami każdego. A do tego prowadzi jedna tylko droga: zburzcie wszystkie instytucje nierówności; ugruntujcie ekonomiczną i społeczną równość wszystkich, a na tej podwalinie powstanie wolność, moralność, solidarna ludzkość całego świata.

Powrócę raz jeszcze do tego najbardziej doniosłego zagadnienia socjalizmu.

8) Tu brak trzech stron rękopisu. (przyp. red.)

 

| Rozdział I | Rozdział II | Rozdział III | Rozdział IV |



[strona główna] [biografia] [pisma] [opracowania] [ikonografia] [bibliografia] [odnośniki] [redakcja]
Strony Internetowe Trojka Design  © 2001-2013 rozbrat.org